Tfu, tfu i kilo pajęczyn

Drogi pamiętaniczku, teges - w Gdańsku jestem. Tak właściwie to zupełnie przypadkiem, bo jeden z firmowych projektów potrzebował kogoś technicznego na miejscu. Okazuje się, że taniej wyszło wysłanie mnie z Londynu, zakwaterowanie w Gdańskim Hiltonie i opłacenie nagodzin, niż zatrudnienie kogoś lokalnie. Ot, taki przypadek. Ponoć w Helskinkach powtórzy się sytuacja i też staram się em... pomóc.

Poza tym trochę nowinek. Zamieszkujemy nad morzem, w Brighton, wespół z kotem. Pracuję dalej w Londynie do którego to dojeżdżam jakies 2 godziny w jedą stronę. Dzięki temu zacząłem czytać sporo ksiązek medytacji, depresji, zen i generalnym utrzymywaniu wewnętrznego pokoju ducha. Ujmując to optymistycznie - absolutnie, bezwzględnie i bez litości nienawidzę dojeżdzać do pracy.

Cóż jeszcze... ostatnie miesiące były trochę skomplikowane, ale głównie skomplikowałem je sobie sam. Powoli znów wychodzi wszytko na prosto - zaczynam przygotowania do jesiennego maratonu (weszło w nałóg), szykuje się napaść Indie za jakieś dwa tygodnie i w ogóle to jest chyba fajnie. Znów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz