O nieufaniu Węgierkom

Bo nie należy. Potem człowiek zobowiązuje się robić jakieś dziwne rzeczy. Przecież ja nawet biegać nie lubię.

Zgodziłem się jednak i zaczynamy powoli planować całe przedsięwzięcie. Na razie wybraliśmy już wstępnie lokalizację (Ateny), teraz trzeba pomyśleć nad resztą. Pstatnowiłem rozkręcić przy tym zbriórkę funduszy na dość bliską mi fundację i naciągnąć pare firm i osób na jakiś datek. Mam nadzieję, że się uda i że coś z tego będzie

Powoli wypadałoby też zabrać się za solidnejszy trening, bo obawiam się ze obecnie to bym się w zabił i to w dość mało przyjemny sposób. Zdecydowanie wolę zabijać się w przyjemniejszych okolicznościach przyrody, niż eksplodujące płuca na poboczu drogi. Od jutra zaczynam bieganie. A mówiłem, że nie lubię?

Z plusów, to może pomoże to chuść, bo ostatnio postępy jakoś mikre.

O nowościach

Tak właściwie mało pisałem, bo nie było za bardzo o czym. Nuda w sumie. Miłe i poukładane życie dogranego małżeństwa. Choć małżeństwem nie jesteśmy i wygląda na to że w kilku krajach wciąż nie będziemy. Szczególnie w Macierzy.

Ale ja miałem o nowinka. Otóż skutecznie schudłem, już półtora kota. Planuję kolejne półtora ale to w ciągu kilku kolejnych tygodni. Dieta jest fajna i dobrze idzie, już prawie nie chce zabijać. No i mam trochę dość łososia, który jest jednym z nielicznych dozwolonych pokarmów.

Przekonuje też promiennego że Azja ma sens, ale on nie za bardzo się chce dać przekonać i dalej napiera na Stany. Zupełnie nierozsądnie, bo uważam że jest bez szans. Ach. I chyba jednak dojdzie do ślubu, w krajach w których nasze podatki są tak samo ważne jak wszystkich innych, a wkład w rozwój nauki (to on) i gospodarki (to ja) równie ważny jak pani Karoliny z ósemki.

No i byliśmy na łyżwach. Denerwujące jest to, że Hindusi na łyżwach - lekko poirytowani - ale poruszają się w miarę do przodu. Liczyłem na podbój pola walki, ale skończyło się na remisie.

A z nudów tak to znajoma z Węgier przekonała mnie żeby pojechać do Grecji i przebiec maraton. Ten taki od Maratonu do Aten. A bo co, przecież się da.

Bo ja o diecie?

Nie pisałem w sumie, że skończyła się bajka, a zaczęła proza. W szczegóły wniknę pewnie później - tymczasem o diecie. Otóż jest świetnie i na prawdę działa. Acz przypuszczam, że jeżeli przestać żreć to przy ilości sportów które wyrabiam każda dieta działa.

Ta natomiast ma niewiele cukrów w składzie, skutkiem czego przez pierwsze dni targały mną Dzikie Żądze. Kiedy przestałem już rozważać rzucanie się ludziom na szyje, z zębami, to ugotowałem kolacje. Musiał mi się jakiś cukier przemknąć bo chwilowo mam ochotę biegać po ścianach i ogólnie lewitować. Niech żyje glukoza!

O dzikich instynktach

Są takie momenty w życiu, kiedy możemy zajrzeć wgłąb własnej duszy. Nawiązać kontakt ze swoją prawdziwą naturą... Odkryć uczucia i emocje których dotąd się nie spodziewaliśmy.

Dla mnie takim momentem zawsze jest dieta. Nie od dziś wiadomo, że niedokarmiony robię się marudny. Natomiast głodny - agresywny. Tak do warczenia na ludzi i łypania na tętnice

Dieta natomiast to zupełnie inny poziom agresji. Pozwala mi nawiązać kontakt z pierwotną naturą i ledwie się powstrzymuje by nie zacząć się szwędać po okolicy i obwąchiwać ludziom kurniki. Całe szczęście że w Londynie kurników raczej nie ma.

Wczoraj nie miałem już wyjścia... Późną nocną porą zakradłem się do kuchni, ostatnim wysiłkiem woli przeszedłem obok kociej miski i rzuciłem się na niewinnego selera. Walka nie była równa i po zagryzieniu bestii odszedłem furcząc do leża. Nie wiedziałem, że seler może być taki soczysty