O myciu zębów kotu.

Lekki dramat jest. Podczas ostatniej wizyty u weterynarza (który pospołu z dentystą zdecydował się przejąć moje finanse, doprowadzić mnie do skrajnej ruiny i szaleństwa) okazało się że nasz kotek jest chory. Otóż cierpi na koci katar, którego głównym objawem jest zapalenie dziąseł. Ha. Taka zagadka.

Leczy się to szaleństwo objawowo, głównie przez mycie kotu zębów. Pomijając szok kulturowy który można przyrównać do kąpania krowy zabawa z kotem jest przednia. Bierzemy kota, nakładamy specjalną frotkę do pielęgnacji kociej paszczy na palec, na to przyjazna kotom pasta i szczotkujemy zęby. Tyle teorii.

W praktyce opiewa to na półgodzinne próby upolowania kota. Kiedy kot jest już upolowany należy obezwładnić wszystkie cztery, mocno pazurzaste łapy. Wszyscy wiemy jak koty po prostu kochają być obezwładniane. Potem trzeba przekonać bestie do otwarcia paszczy i nie odgryzania palca przy samym łokciu. Potem nakładamy pastę na frotkę i staramy się wepchnąć w kota. Po pierwszym podejściu monitor jest cały w przyjaznej kotom paście, pasta znajduje się na ścianach, klawiaturze, mnie, podłodze i kocie ale zdecydowanie nie W kocie.

Zwalczamy pokusę wyszczotkowania drugiego końca kota i powtarzamy cały proces. Mruczuś w akcie desperacji wpycha w pastę nos, dostaje ataku paniki i zaczyna wspinać się po ścianie. Nie płaczemy. Ściągamy Mruczusia ze ściany, wyciągamy spod sofy i dwa razy zza szafy. Zgrabnym ruchem wpychamy pastę w kota i spokojnie czekamy kiedy kot przeżuwa nasz palec. Sztuczka polega na takim ustawieniu palca by gryzł frotkę a nie palec. Wypuszczamy potwora który przez najbliższy kwadrans będzie nas nienawidził aż do śmierci.

Powtarzamy dwa razy dziennie przez najbliższe piętnaście lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz