O byciu samodzielnym

No to jesteśmy dwa lata później. A ja siedzę saomodzielnie*. Jak co roku Promienny wyjechał do siebie na Święta, a ja zostałem pilnować domostwa. Na pociechę dostałem choinkę i oryginalny, żeliwny japoński imbryk (na który bardzo wyraźnie chorowałem od paru miesięcy). A. Mam też kota. Takiego z futrem. Po dwóch latach stwierdzam że uzależniłem się strasznie. *bo "sam" to brzmi źle

O science fiction

Dożyliśmy! Może nie jest to Odyseja Kosmiczna, ale myślę że jest już niedaleko. Przynajmniej ilekroć włączam Skype'a na komórce, co pozwala na rozmowe z obrazem to mam wrażenie że science fiction to już tutaj

Wczoraj do tego znajomy przyniósł XBoxa z kontrolerem Kinect. To ten przy którym możemy kopnąć ludzi i udawać że to w ramach gry. Ale tak serio - zamachanie łapką które przynosi efekty na ekranie, czy to odpalenie serii rakiet czy poruszanie jakims ludzikiem daje wrażenie, że człowiek dzierży Moc. Rozpoznawanie mowy to też fajna sprawa, acz widzę tutaj potencjał do konfliktu... pilota zawsze można pilnować, krzyknąć z kuchni: włącz porno! podczas wizyty rodziny trudniej się ustrzec.

O nowym blogu

Tak, właściwie jest to już blog o kocie. I nie mogę nic z tym zrobić, gdyż nasze kosmate szczęście - poza drenowaniem mojego budżetu - dość skutecznie daje o sobie znać. Np. pomiaukując pod drzwiami sypialni, bądź też skacząc po gościach którzy nie zamknęli się w swoim pokoju wystarczająco dokładnie.

Nie oznacza to, że nie mam innych zainteresowań. Np. dalej udaje mi się wczytywać w historię języków, czy też historię samą w sobie (polecam p. Daviesa "Boże Igrzysko"). Dzięki temu mogę czasem coś opowiedzieć z natury monojęzycznym kolegom w UK, jak np. ideę wolnej struktury zdania i przypadków. Dlatego w ramach wczytywania się w zastosowania i znaczenia przypadku "ablativ" postanawiam wzbogacenie Polszczyzny o nowy czasownik: "odkocić"

.

Na przykład: "Słońce, odkoć stół?", czyli "Zamknij gdzieś tego potwora bo łazi po stole a ja usiłuję podać obiad".

O myciu zębów kotu.

Lekki dramat jest. Podczas ostatniej wizyty u weterynarza (który pospołu z dentystą zdecydował się przejąć moje finanse, doprowadzić mnie do skrajnej ruiny i szaleństwa) okazało się że nasz kotek jest chory. Otóż cierpi na koci katar, którego głównym objawem jest zapalenie dziąseł. Ha. Taka zagadka.

Leczy się to szaleństwo objawowo, głównie przez mycie kotu zębów. Pomijając szok kulturowy który można przyrównać do kąpania krowy zabawa z kotem jest przednia. Bierzemy kota, nakładamy specjalną frotkę do pielęgnacji kociej paszczy na palec, na to przyjazna kotom pasta i szczotkujemy zęby. Tyle teorii.

W praktyce opiewa to na półgodzinne próby upolowania kota. Kiedy kot jest już upolowany należy obezwładnić wszystkie cztery, mocno pazurzaste łapy. Wszyscy wiemy jak koty po prostu kochają być obezwładniane. Potem trzeba przekonać bestie do otwarcia paszczy i nie odgryzania palca przy samym łokciu. Potem nakładamy pastę na frotkę i staramy się wepchnąć w kota. Po pierwszym podejściu monitor jest cały w przyjaznej kotom paście, pasta znajduje się na ścianach, klawiaturze, mnie, podłodze i kocie ale zdecydowanie nie W kocie.

Zwalczamy pokusę wyszczotkowania drugiego końca kota i powtarzamy cały proces. Mruczuś w akcie desperacji wpycha w pastę nos, dostaje ataku paniki i zaczyna wspinać się po ścianie. Nie płaczemy. Ściągamy Mruczusia ze ściany, wyciągamy spod sofy i dwa razy zza szafy. Zgrabnym ruchem wpychamy pastę w kota i spokojnie czekamy kiedy kot przeżuwa nasz palec. Sztuczka polega na takim ustawieniu palca by gryzł frotkę a nie palec. Wypuszczamy potwora który przez najbliższy kwadrans będzie nas nienawidził aż do śmierci.

Powtarzamy dwa razy dziennie przez najbliższe piętnaście lat.