O raju na ziemi

Ależ ten czas pędzi... Blog jakoś się trochę zestarzał, zadyszał i w ogóle zrobił lekko nieświeży. Czas trochę tą sytuację ogarnąć i zacząć nieco więcej pisać. Główna motywacja: a bo tak.

Generalnie w środę wybije nam druga rocznica i wszystko to w miarę funkcjonuje, nawet całkiem dobrze. Co prawda nie bez pewnych manewrów - mamy tak troche jak w bajce: wieczorem znika Kopciuszek a pojawia się Bestia (to o Promiennym). Na szczęście daje się zwykle ugłaskać, choć okazjonalnie odgrażam się że sprawę załatwię po słowiańsku i kupię sobie strzelbę na słonie.

W ogóle to robimy się popularni - goście przewijają się przez mieszkanie trybem ciąłym, a że dość często biorę udział w różnych kursach kulinarnych, których resultaty na gościach testuję to często wracają. W najbliższym czasie będę epatował kuchnią wietnamsko-marokańską, acz z osobna. Planuję też powroty do południowohinduskiej.

Z rzeczy najciekawszych to juto idę do Ambasady Amerykańskiej by dostać wizę do Raju na Ziemi, Krainy Mlekiem i Miodem Płynącej (tylko mrówek im tam nawpuszczać). Teges, jakbym jednak nie napisał nic więcej to znaczy że mnie zastrzelili albo przetrzymują w jakimś uroczym kraju i łaskoczą prądem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz