O nałogach

Nim przejdziemy do części właściwej, przedstawiam po raz kolejny:



Mówiłem już że melodię poznałem podczas oglądania show pewnej przesympatycznej starszej pani, która rozbierała i potem owinięta jeno Amerykańską flagą mówiła o swoich wartościach życiowych? Na pewno mówiłem. A jeżeli nie o tej pani, to na pewno o striptizerach których zatrudniała do tańczenia z publicznością.

Chciałem się natomiast przyznać do innego nałogu. Otóż oglądam Magnolię. Od lat.

Pierwszy raz oglądałem Magnolię na studiach. Jakieś piętnaście minut bo akurat zasypiałem koło Miłości Mojego Życia i generalnie bardzo szybko chciałem zasnąć. Właściwie natychmiast... mimo że on nie był szalenie zainteresowany i jego panna strasznie się narzucała. Obudziłem się na deszcz żab (chyba) i zasnąłem.

Potem oglądałem Magnolię na na wymianie studenckiej, w Słowenii. Właściwie to nie zdążyliśmy włączyć nawet filmu nim zabraliśmy się za khem, suszenie prania i kończenie wina. W efekcie ugasilismy balakon i zupełnie nie zdenerwowaliśmy policji.

Raz starałem się sam z siebie. Zasnąłem po godzinie. Nic nie pamiętam.

Dzisiaj po raz kolejny starałem się to obejrzeć. Z Promiennym. Z trzech godzin wytrzymaliśmy jedną. To znaczy wytrzymałem ja, bo on jakoś zabrał się za duzo innych rzeczy. A potem poddalem pole i poszło coś innego. Obecny plan opiewa na oglądanie etapami. Film jak batalia.

O Brytyjskości.

Jakbym nie marudził czasem, to szczerze lubie tutaj mieszkać. Jedną z ulubionych rzeczy jest język. Nie chodzi o sam angielski, nawet nie o akcent, ale o sposób wyrażania emocji. Umiarkowanie.

Cytat z dzisiejszego spotkania przy temacie zahaczającym o wakacje: "i've heard they experienced a bit of a hurricane". W wolnym tłumaczeniu: doświadczyli odrobiny huraganu. Tak, trochę wiało, pół kraju martwe. A to niefart.

Ponoć problemem było to podczas wojny koreańskiej ,kiedy regiment Gloucester otoczony przez Chińską armię opisał sytuację jako nieprzyjemną. Ukąszenie najbardziej jadowitej ryby powodujące obezwładniający bół? Niewygodne.

W pracy nabiera to ciekawszych barw - ogromną wagę przywiązuje się do emocji i poczucia komfortu. Brytyjczyk który urazi inną osobę jest skłonny implodować niszcząc przy tym sporo sprzętu biurowego. Rarpot źle napisany - jest OK. Raport napisany dobrze - nie jest źle. Zamias zapytać czemu nie pracownik nie odpisuje na wiadomości pada pytanie: "czy miałeś może okazję widzieć poniższą wiadomość"?

Całość ładnie podsumowuje poniższa, wygrzebana gdzieś w sieci tabelka:

O raju na ziemi

Ależ ten czas pędzi... Blog jakoś się trochę zestarzał, zadyszał i w ogóle zrobił lekko nieświeży. Czas trochę tą sytuację ogarnąć i zacząć nieco więcej pisać. Główna motywacja: a bo tak.

Generalnie w środę wybije nam druga rocznica i wszystko to w miarę funkcjonuje, nawet całkiem dobrze. Co prawda nie bez pewnych manewrów - mamy tak troche jak w bajce: wieczorem znika Kopciuszek a pojawia się Bestia (to o Promiennym). Na szczęście daje się zwykle ugłaskać, choć okazjonalnie odgrażam się że sprawę załatwię po słowiańsku i kupię sobie strzelbę na słonie.

W ogóle to robimy się popularni - goście przewijają się przez mieszkanie trybem ciąłym, a że dość często biorę udział w różnych kursach kulinarnych, których resultaty na gościach testuję to często wracają. W najbliższym czasie będę epatował kuchnią wietnamsko-marokańską, acz z osobna. Planuję też powroty do południowohinduskiej.

Z rzeczy najciekawszych to juto idę do Ambasady Amerykańskiej by dostać wizę do Raju na Ziemi, Krainy Mlekiem i Miodem Płynącej (tylko mrówek im tam nawpuszczać). Teges, jakbym jednak nie napisał nic więcej to znaczy że mnie zastrzelili albo przetrzymują w jakimś uroczym kraju i łaskoczą prądem.