O gumowych motylach

...gdyż jestem pokojem, umiłowaniem i ogólym wyluzowaniem, pałam miłoscią, szera i gorejąca niczym płomień na kurchanach... wróć. Więc tak, o niewidzialnym kocie już nie bedę pisał. Nie wspomnę więcej o lewym dostawcy prądu. Wszystko to już załatwione i przez ostatnie dwa tygodnie żyłem w błogim przekonaniu, iż teraz to już świat będzie piękny i wszystko ładnie się ułoży.

"Ha!", a wręcz "Ha! Ha!". Otóż, mes cheurs, okazało się że wynajmowana przez nas posiadłośc nie jest do końca samodzielna. To znaczy ma odrębne wejście, liczniki, cały ten jazz. Nawet w podatku lokalnym widnieje osobno. Ale nie ma odrębnego adresu w Urzędzie Pocztowym. Dzięki temu, z punktu widzenia każdej rozsądnej brytyjskiej firmy albo:

- nie isniejemy
- mieszkamy razem z rodziną z piętra.

Jako że punkt pierwszy nie do końca mi pasuje, a zaciekła walka o odrębny adres może jeszcze potrwać (rekordowy przypadek: sześć lat) zaczynam się oswajać z myśla, że prócz Promiennego i Schroedingera nasze stadło będzie składało sie jeszcze z małżeństwa z nastoletnim synem. Mam nadzieje, że jest dobrze wychowany, bo chamstwa pod własnym dachem nie zdzierże. I że mają papużki, bo zawsze chciałem mieć niewidzialnego kota i papużki.

Nawet nie wiem, czy gdybym brał jakieś ciężkie halucynogeny, to wymyśliłbym taki cyrk. Trzeba było siedzieć na tyłku w obecnym mieszkaniu i starać się wybrać do jakiegoś bardziej zorganizowanego kraju. Na przykład Bangladeszu. Przynajmniej pogodę mają lepszą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz