O przyzwoitości

Byliśmy sobie na takim zaangażowanym show (bo ostatnio robimy się elyta i kultura, przypadkiem). Nie powiem, wstęp od osiemnastki sugerował że może być khem... awangardowo.

Dwóch włochów tańczących w bieliźnie, której powierzchnia wystarczyłaby na chusteczkę do nosa rozwiało wszelkie wątpliwości. Niestety, nie prowadzili dostawy do domu, szanse na adopcje też słabe. A szkoda straszna.

Z plusów - popląsaliśmy po scenie też, było w ogóle tak żywo. No, może ten kawałek gdzie starsza pani owinięta we flagę przemawiała w temacie miłości, wolności i cenzury mógł trochę zaskoczyć, szczególnei że we flagę to miała owinięte ramiona. Wyłącznie.

Tak czy inaczej, będac w Londynie uważam za ważny punkt programu:

O gumowych motylach

...gdyż jestem pokojem, umiłowaniem i ogólym wyluzowaniem, pałam miłoscią, szera i gorejąca niczym płomień na kurchanach... wróć. Więc tak, o niewidzialnym kocie już nie bedę pisał. Nie wspomnę więcej o lewym dostawcy prądu. Wszystko to już załatwione i przez ostatnie dwa tygodnie żyłem w błogim przekonaniu, iż teraz to już świat będzie piękny i wszystko ładnie się ułoży.

"Ha!", a wręcz "Ha! Ha!". Otóż, mes cheurs, okazało się że wynajmowana przez nas posiadłośc nie jest do końca samodzielna. To znaczy ma odrębne wejście, liczniki, cały ten jazz. Nawet w podatku lokalnym widnieje osobno. Ale nie ma odrębnego adresu w Urzędzie Pocztowym. Dzięki temu, z punktu widzenia każdej rozsądnej brytyjskiej firmy albo:

- nie isniejemy
- mieszkamy razem z rodziną z piętra.

Jako że punkt pierwszy nie do końca mi pasuje, a zaciekła walka o odrębny adres może jeszcze potrwać (rekordowy przypadek: sześć lat) zaczynam się oswajać z myśla, że prócz Promiennego i Schroedingera nasze stadło będzie składało sie jeszcze z małżeństwa z nastoletnim synem. Mam nadzieje, że jest dobrze wychowany, bo chamstwa pod własnym dachem nie zdzierże. I że mają papużki, bo zawsze chciałem mieć niewidzialnego kota i papużki.

Nawet nie wiem, czy gdybym brał jakieś ciężkie halucynogeny, to wymyśliłbym taki cyrk. Trzeba było siedzieć na tyłku w obecnym mieszkaniu i starać się wybrać do jakiegoś bardziej zorganizowanego kraju. Na przykład Bangladeszu. Przynajmniej pogodę mają lepszą.

O pożodze

Pamiętamy ten kawałek o niewidzilanym kocie, prawda. Otóż okazuje się, że za kota muszę zapłacic depozyt. Trochę się martwię, gdyz z uwagi na jego kwantową naturę może być go trudno kontrolować i depozyt przepadnie. Poza tym jaki sąd uwierzmy mi, że żyrandol spadł strącony przez nieistniejącego kota.

Jakby tych przyjemności było mało agent nieruchomości usiłuje wmanewrować mnie w kontrakt z dostawcą energii, który ściąga drakońskie stawki i blokuje wszelkie próby rozwiązania umów z nimi. Wzruszająca historia jednego z dotychczasowych klientów tutaj: http://www.sparkenergy.org.uk/

Oczywiście wszelkie próby wykreslenia zapisów z kontraktu odbijają się od agenta niczym niewidzialny kot od gumowej kaczki. A to dlatego, że dostawca płaci im prowizje od każdego najemcy który podpisze taką umowę. Przyznam, że po miesiącu negocjaji zaczynam toczyć pianę na sam widok ich znaku firmowego.

O postępach

Strasznie w gotowanie wpadłem, co dzięki skutecznemu przeplataniu pracą i jujitsu, pożera mi właściwie cały czas. Za to zbliżam się dzięki temu do całkiem niezłego poziomu gotowania - uważam, że dzisiaj padła granica czegoś, co dałoby się podać w restauracji - pierwszy z przepisów tutaj.

Mam nadzieję, że kiedyś uda się to przekuć w coś bardziej regularnego, bo chyba dość fajnie zaczynam już czuć, jak grają poszczególne składniki i co może wyjść z jakich połączeń.

Tymczasem zastosowanie ciekawego idiomu, który posłyszałem dzisiaj: "Our server got it's knickers in a twist", czyli "nasz serwer splątał sobie majtki", w tłumaczeniu na nasze. Urocze w wykonaniu technika.

Złociste...

Lubię te drobne różnice kulturowe. Tak na przykład wczoraj Promienny przyniósł do domu bukiet. Mniejsza o powody, liczy się gest. I kiedy dostałem już naręcze chryzantem, nie mogłem się powstrzymać od szybkiego rzutu okiem na okna, czy nie czeka tam snajper, sprawdzenia łóżka czy nie ma tam przypadkiem głowy konia i dość ostrożnego podejścia do kolacji wieczorem.

Nie przebija to jednak historii znajomej z akademika, której dwie współlokatorki z Erazmusa przystroiły cały pokój chryzantemami tłumacząc że chciały ożywić atmosferę.

O kwantach

Od jakichś dwóch tygodni prowadzę z agentem nieruchomości dyskusje o kocie. Problem w tym, że kot nie istnieje.

Przeprowadzamy się (chyba) do nowego mieszkania, które jest przyjazne żyjakom - w bieżącym nie są mile widziane. Plan był prosty: przeprowadzamy się i kupujemy kota. Pominę rozliczne niuanse procesu wynajmowania, opierające się w dużej mierze o referencje i poświadczenia. Szkopułem okazał się sam kot.

W nowym mieszkaniu można go miec, ale musi być wcześniej znany. Przypuszczam, że musi mieć tez referencje, acz na razie agencja uporczywie pyta o imię. Na nic zdają się tłumaczenia, że kot nie istnieje i że kupimy go dopiero po przeprowadzce. Kot musi mieć imię i już. Postanowiliśmy podać imię Schrödinger. Czekamy na reakcję agencji.