Wspaniały nowy świat

Właśnie pooglądaliśmy sobie jaką francusko-czeską animację z lat siedemdziesiątych. To w ramach kompromisu (jak wiemy Promienny Felliniego, ja raczej nie). Całkiem fajna rzecz:



Poza tym dochodzę powoli do wniosku że najbliższa mojemu sercu jest kuchnia wietnamska. Po prostu uwielbiam. Istnieje w ogóle w azji coś trochę jak fondue, tylko z pokrojoną krową w roli głównej. Otóż w przeciętnej restauracji przychodzi pani, rzuca frywolnym ruchem na stół palnik gazowy i stawia na tym garnek. W garnku wesoło bulgoce wywar. Na osobnym talerzu podaje krówkę, kurczaka i inne niewinne istotki pokrojone w cienkie plasterki i sobie człowiek siedzi i pałeczkami je wrzuca w garniec. Potem odławia. Po prostu szau. 

No i nie wspomnę o lodach w smakach zielonej herbaty, czy też prażonego sezamu. Po prostu drgawki na sam widok. Tak poza tym to chyba mi się rozwija fetysz kulinarny i to dość mocno. Ale obiecuje sobie, że niedługo zrobię coś niekulinarnego, bo dzięki naprzemiennej jodze i jujitsu już za półtorej tygodnia kolejny pas! Baznai, żetę.

Wątroba meine liebe

Wróciłem do Londynu. Acz ledwie. Solennie sobie obiecywałem, że następną wizytę w Krakowie zaplanuję spokojniej i bez takiego pijaństwa. Lubię tak sobie czasem pokłamać. Ogranicza to też wyrzuty sumienia. Sam Londyn był oszukańczo sympatyczny na wejściu, szau w pracy i w ogóle kroi sie awans na stanowisko wyższe od jakiegokolwiek zajmowanego w Polsce. Tzn. już i tak robię tą robotę, teraz powinna podążyć za tym pensja i nazwa stanowiska. W paru innych aspektach za to na minus, na szczęście Promienny się stara i to się w miarę sprawdza. Tak tam dzika równowaga. A teraz pójdę już sobie paść na twarz. Zostałem padnięty jakieś kilka razy na treningu więc mam wprawę...

Olaboga

Znaczy sie ze jestem w Krakowie i prowadze systematyczna walke z własną wątrobę. Ale franca odrasta. Jak na razie skonczylo sie na trzech dniach ekscesow glownie w po Kazimierzowskich knajpach. Stoczylem tez swoja pierwsza (i mam nadzieje ostatnia) bójkę uliczną z dość pijanym, acz mocno agresywnym idiotą. Ciekawe doświadczenie i przyznaje że jujitsu jednak się przydaje. Zakładam jednak, że lepiej działa, jeżeli człowiek jest nieco bardziej ogarnięty niż ja byłem. Nic to, nim wróci zbyt wiele wspomnień myślę że po prostu pójdę i rzucę się w wir kolejnej imprezy. Świat czasami bywa piękny, choć ostatnio głównie po zmroku.

O planach

W Londynie spadł śnieg. Dobrych parę centymetrów. Jak zwykle i niezawodnie komunikacja miejska padła na ryj i leży. Póki śnieg nie stopnieje nie spodziewam się poprawy. Problem polega na tym, iż jutro trudno będzie się dostać do pracy i szydzić z systemu. A szkoda trochę. Z tym docieraniem do pracy to w ogóle różnie może być, a to w sktek realizacji planu. Ot, postanowiłem zachorować spodziewając się, żę dzięki temu będzie się wokół mnie skakać, dopieszczać i w ogóle. Niedoczekania, Promienny zachorował też, a niestety choruje prawdziwie po męsku. Wszystko powyżej kataru powoduje próby pisania testamentu i dramatyzm taki, że Antygona jadłaby mu z ręki. Skutkiem tego trzeba było się trochę ogarnąć i pobawić w uzdrawianie i nie wiem, czy starczy mi teraz czasu na realizacje pierwotnych celów. Wtopa, słowem.

Czy ktoś widział dramatyzm?

Kryzys kontraktowy wciąż trwa. Miałem nadzieję, że z tej okazji będzie trochę dramatyzmu, trzaskania drzwiami (choć przesuwnymi to trudno...), albo że przynajmniej wytłukę trochę zastawy. Bo bieżącej nie lubię i przydałoby się wymienić. A tutaj nic. Generalnie spokój i cisza, z co najwyżej drobnymi poślizgami. Z tego całego braku dramatyzmu to się nawet ja jogę załapałem i planuję dorzucić to do listy zajęć na czas jakiś. Przynajmniej póki nie będę w stanie kogoś kopnąć w twarz. Nie ustaliłem jeszcze wzrostu acz na pewno będę oczekiwał pewnego poziomu bezbronności. Poza tym ewidentnie brakuje mi słońca.