O ksztalceniu

Podroze ucza, czasem wbrew woli. Dzisiaj na przyklad ucze sie cierpliwosci, bo lot jest opozniony o jakies 3.5 godziny. Dzieki czemu w domy wyladuje o drugiej. Moze.

Na szczescie dramat zostal zminimalizowany przez EasyJet, kiedy to calkiem zadowolony pan z obslugi wreczyl mi voucher. Warty trzy funty. Nie moge sie zdecydowac czy kupic sobie wode mineralna, czy moze paczke Haribo.

O Madrycie

Dotarłem. Kojażycie takie sceny jak samolot nagle przechyla sie na skrzydło, światła migoczą i zarazwszyscyzginiemy? Dzisiaj tak było i nawet wcześniejsze przygotowania mentalne nie pomogły. Mogłem pewno przygotować się bardziej, ale obawiam się ; że chichoczący i ziejący byłbym niedość szykowny

Za to teraz mierze sie z hotelem. Dosłownie. Wanna ma metr na pół, prysznic nie bangla, a ja bym sie chętnie odświeżył.  Mam taką dziwną wizję mycia głowy w staniu na rękach. Pewnie nawet kształtuje sylwetkę. Nosa.

O koszyku

Uh... chleb pieczony w nocy udał się przepięknie. Cudo po prostu. Idąc za ciosem nabyłem koszyki do wyrastania chleba, ŁOPATĘ piekarską i parę innych drobiazgów. Chyba w amoku zaplątała się jeszcze jakaś forma, czy coś. Zdecydowanie potrzebuję większą kuchnię, bo w bieżącej przyprawy układam już warstwami. A mam na nie szufladę metr na półtora.

Nic to, dzisiaj będziemy przechodzić przez ostatnią fazę tworzenia pigwówki i dereniówki. Potem tylko leżakowanie. I dużo silnej woli.

Rocznica

Tak jakoś stuknęła nam rocznica w poniedziałek. Z tej okazji miało miejsce kilka ciekawych zdarzeń - na ten przykład w niedziele szerzyłem jedyną słuszną kulturę. Bo oczywiście wiemy, że różnorodność jest piękna i ważna, ale nie można zapominać że Śląsk dalej żąda dostępu do morza.

Z tej okazji Promienny został nakarmiony kluskami, modrą kapustą i roladą (wraz z kolegą dziennikarzem z Rumunii i dwójką polaków z regionów niemal tak pięknych jak Śląsk).

Niestety wszystko szlag trafił we wtorkowy poranek, kiedy uczyniłem śniadanie. Trochę mi się kuchnia podpaliła, co tylko potwierdza iż ja rano to mogę co najwyżej powabnie leżeć. A i to z wysiłkiem.

Domowo

Czasami tak napada człowieka tęsknota za czymś domowym. Stąd dzisiaj improwizowany kapuśniak. Na dalszą wycieczkę po właściwe składniki nie miałem chęci, więc trochę pokombinowałem i jest całkiem zacny. Przepis tutaj.

Indie kaputt

Ja przepraszam za niepisanie o tych Indiach i w ogóle, ale problem jest taki że zrobiłem zdjęcie panoramiczne, mam je ładnie oprogramowane we Flashu i staram się je tutaj od jakiegoś czasu zamieścić. I nie wychodzi. Jak ktoś ma jakiś pomysł, to chętnie rady posłucham.

Anyway, pamiętamy jak opisywałem plany na Indie - tutaj. Co zaskakujące większość się udała. Zaczęliśmy od Mumbaiu, gdzie głównie pętaliśmy się znajomymi uliczkami (głównie Kolaba), zakradaliśmy do meczetu i snuliśmy po okolicznych targach. Nie do przecenienia było zaopatrzenie się w lokalne antybiotyki na zatrucia.

Potem było Goa, gdzie trafiliśmy na lokal zarządzany przez jedną panią z Kanady, któej bardzo smakowała polska wódka. Fajne miejsce, takie trochę oddalone od imprezowej strony plaż, dość mocno branżowe, a przy tym luźne. Na pewno wróćę na wakacje.

Po Goa kawalkada przez kilka miejsc (m. in. Old Goa i Margao) do Hampi. Hampi jeżeli chodzi o widoki to sama magia. Lekko podniszczone centrum ruin, za to reszta (im dalej tym ładniej) wygląda wprost magicznie (załączone zdjęcie właśnie stamtąd). W Hampi okazało się też że zarezerwowałem hotel na poprzedni tydzień, co na szczęście udało się dość szybko rozwiązać.

Banaglore okazał się miastem w którym nawet dałoby się mieszkać. Przyjemny klimat, lekko europejskie akcenty i ogólnie ogarnialna okolica. Udało nam się też dokonać drobnego cudu - wynegocjować lokalne stawki w rikszach. Ponoć Watykan wystawia na to certyfikaty.

Kerala to z kolei kurs gotowania i właścicielka "hotelu" która mogłaby charakterem zatapiać okręty bojowe. W moim osobistym wszechświecie skrzyżowanie Babci Weatherwax i Nani Ogg. Miała nawet swoje popych... swojego chłopaka do siekania cebuli. Plus psa który jadł kwiatki, wcale się nie wabił i był ogólnie Zen. I papugę która żywiła się chilli. Mówiłem już że zakładam fanklub?

W Kerali okazało się że Kano kupiła bilety powrotne na zeszły miesiąc i trochę nie pozwolono nam wsiąść na pokład samolotu. Peszek taki. Mogłem za to zrealizować jedno z cichych marzeń - podejść do lady linii lotniczych i poprosić dwa bilety do Mumbaiu. "Na kiedy? Na zaraz.". Miłe, acz kosztowne.

Z uwag praktycznych? Sporo, acz to ciężko zmieścić na blogu. Z logistyki jedyne co bym zrobił to w Bangalore zamiast od razu przesiadać się na pociąg do Mysore zostałbym na dzień i jechał tam kolejnego. Dzięki temu unika się 48h bez prysznica co w Indiach jest dość niemiłe.

O wnętrznościach

Jestem w domu. Śmiesznie trochę, że za granicą, ale jestem. Trochę problem jest, że w domu jestem też w Krakowie, Słowenii i kawałkach Śląska. Ale chwilowo najbardziej tutaj. Poopisuje przygody niebawem, tylko się trochę ogarnę, bo w ostatniej strefie czasowej w której bywałem jest jakoś piąta rano...

O przygodach

Cala podroz byla taka spokojniutka, przynajmniej jak na nasze normalne mozliwosci. Przygoda czaila sie na koncu. Okazuje ze spoznilismy sie na lot powrotny do Mumbaiu. O jakies 31 dni.