Amsterdam, Amsterdam...

Fajnie było. Z lekkimi perypetiami, ale fajnie. Nie będę już opowiadał jak bardzo kocham latać, bo to wszyscy wiemy. Od samego startu wpijam się w fotel i upajam każdą chwilą. Chyba, że mogę upoić się winem. Bo wtedy to wino bierze górę.

Wylądowaliśmy chyba w Belgii i do samego Amsterdamu dojechaliśmy po gruncie. Bite 25 minut jazdy SAMOLOTEM. Skądinąd gdyby samoloty poruszały się po gruncie to dużo bardziej bym je lubił.

Sam hostel bardzo fajny, choć nie do końca w centrum. Za to wysokich lotów (jak na hostel). Pewnym minusem byli współlokatorzy który naćpani o piątej rano puszczali muzykę z komórki. I radia. I śpiewali, ale po krótkich i konkretnych negocjacjach umówiliśmy się, że więcej nie będą.

Samo miasto - cudne. Pozwala odkryć uroki Londynu. Mieszkając w Londynie wszędzie indziej jest taniej i ładniej. Albo przynajmniej ładniej. Pewnym zaskoczeniem była dla mnie ogromna ilość coffeeshopów, za to dzielnica czerwonych latarń jakoś bez szału.

Z ewidentnych plusów - zoo, muzea (choć dość drogie) i starówka. Kanały są absolutnie magiczne. Szczególnie drugiego dnia, kiedy zdychałem na kacu migrując po różnych zacienionych ławeczkach. Bo oczywiście musiałem w całym Amsterdamie wyhaczyć Irlandczyka z zacięciem do trunków. I on koniecznie musiał się napić wódki z Polakiem. O Holenderskiej wódce wiele powiedzieć nie można, tyle tylko że chyba pędzą ją ze śledzi. Marynowanych w terpentynie.

Ams.

Amsterdam jest fajny.  Trzyglowy szumiacy slon tez.  Pozdrowienia dla pflamingöw.  Pokój...  Gdzie jedt galaretkowkręt?

O winie

Było wino i po winie. Jakoś ze dwa dni temu improwizowałem spaghetti, a Promienny postanowił zaimprowizować wino. Tak mu się udało iż złapał flachę którą akurat odkładaliśmy na rocznicę (bo to już niedługo). Tak też niestety butelka przeszła prawie niezauważona, póki się nie połapaliśmy że wino smakuje podejrzanie dobrze. Bo to zacne wino było. I teraz coś trzeba będzie zakombinować, bo pigwówka do tego czasu nie dojdzie.

Proste ciasteczka

Tych ponoć nie da się zepsuć. Zajmują też z dwadzieścia minut pracy, zakładając że w sprawę nie wpląta się jakiś kot. Całkiem prezentacyjne też są. Przepis tutaj.

O różnicach czasowych.

A wydawało mi się że jak Promienny przebywa w Australii to jest słabo. Wstawałem z rana, żeby go złapać nim pójdzie spać. Potem z kolei śpieszyłem wcześnie do domu, żeby dało radę niż pójdzie na wykłady. I myślałem, że to jest trudne.

Nie miałem wtedy pojęcia o promiennym w trybie jet-lag, który wstaje o piątej rano i ma ochotę porozmawiać. Się zaprzyjaźnić. Czy w ogóle tak sobie podziałać. Umieram. Mój tryb życia jest regularnie gwałcony. Dzisiaj, w sobotę, wstałem o siódmej trzydzieści (słownie). Na pomoc?

O drobnych zwycięstwach.

Mimo rozlicznych przeciewieństw losu i przeszkód różnorakich się udało. Wespół z pewnym niezbyt rosłym, acz charakternym chińczykiem rzuciliśmy się nad egazmin. Od dzisiaj się certyfkiuje kolejnym pasem w rzucaniu ludźmi. Niniejszym zostało jeszcze dwa lata (jak się bardzo postaram) do czornego. Teges, zatem trzymamy kciuki za podbijanie zielonego, bo to już w marcu.

O przygodach

Już się zaczęło... jeden z hoteli który zarezerwowałem okazł się być w Tajlandii, a nie w indiach. Bo się Kano nazwy pomyliły, a ja nie sprawdziłem adresu. Właśnie staram się odzyskać pieniądze. Znalazłęm też ten właściwy.

"Ze stacji kolejowej należy udać się rikszą 13 kilometrów na północ. Należy poprosić o dowiezienie do świątyni, bo inaczej trzeba będzie iśc drugie tyle z przystanku autobusowego. Przy świątyni przeprawimy się przez rzekę łódką - uwaga, przeprawa możliwa tylko do godziny 18:00. Za rzeką idziemy na północ, potem skręcamy w lewo. Po około dziesięciu minutach polną drogą docieramy na miejsce."

Już widzę, jak tam śpimy....

Indie do cna

Plany już dograne - mamy wszystkie bilety na pociągi (łatwo nie było) i wszystkie zaplanowane hotele. To jest pięć z sześciu. W Kochi ponoć najlepiej starać się łapać coś na miejscu. Znając Indie nawet jak hotelu nie będzie to i tak ktoś nas bardzo chętnie przenocuje.

Jest też pewien drobiazg - ostatni hotel w Mumbaiu na mapie zdaje się graniczyć z końcówką pasu startowego. Po raz pierwszy będę miał okazję bać się samolotu od dołu, niż ze środka. Fajnie. Aż mnie ekscytacja ogarnia.

Ciasteczka do klękania narodów.

Czasami mamy ochotę podbić jakiś naród. Są takie dni. Mam tak dzisiaj. Ewentualnie wróciłbym do Krakowa. Cóż, nieważne. W takiej sytuacji pomóc mogą ciasteczka.

Zaimprowizowałem je w sumie, choć bazując na wcześniejszych doświadczeniach. Jeszcze jedna rzecz - bardzo rzadko korzystam z gotowych półproduktów, ale ciasto francuskie robiłem tylko raz i więcej nie mam ochoty. Dlatego kupiłem gotowe. Całość przepisu tutaj.

Że plan.

Zarysuje w skrócie plan na Indie, może się komuś przyda. Po powrocie postaram się zreferować co się udało, a co nie. Z ciekawych podsumowań - łącznie 36 godzin w pociągach (przynajmniej tych długodystansowych), którymi zrobimy ok. 1700 kilometrów. Plus dwa lokalne przeloty warte kolejne 1800km.
Datai inne takie
22/10Wylot z Europy i przylot do Mumbaiu
23/10Zwiedzanie Mumbaiu, szybki wypad na wyspe Elefanta
24/10Dalsze zwiedzanie Mumbaiu.
25/10Wyjazd z Mumbaiu o 7:45 i przyjazd do Goa o 20:10. Tak, 14 godzin.
26/10Goa - zwiedzanie północy...
27/10...i zwiedzanie południa.
28/10Wyjazd pociągiem z Goa do Hospet (od 7:45 do 14:55), przesiadka do taryfy do Hampi. Nocleg w Hampi (jezeli sie da)
29/10Zwiedzamy Hampi i powrót taxi do Hospet. Stamtąd nocny pociąg do Bangalore (wyjazd 20:45)
30/10Przyjazd do Bangalore (6:10) i szybka przesiadka na pociąg do Mysore (od 7:00 do 10:10, klasa khe... khe... Lokalna.) Zwiedzanie i wieczorny powrót do Bangalore (od 18:00 do 21:10). Nocleg tamże
31/10Zwiedzanie Bangalore.
01/11Lot z Bangalore do Kochi (11:00 na 12:15) i zwiedzanie Kochi (szczególnie zwlok Vasco da Gammy). Nocleg w Kochi
02/11Przesiadka na łódkę. Całodzienne pływanie po kanałach. Nocleg tez na wodzie.
03/11Pływamy dalej, cumujemy na powrót w Kochi. Tam nocleg.
04/11Powrót do Mumbaiu (od 8:25 do 10:15). Parę spotkań, nocleg niedaleko lotniska.
05/11Nocny wylot z Mumbaiu (3:25). Przylot do Europy

PS. Jeżeli ktoś zna sensowny sposób formatowania tabelek w bloggerze to proszę o poradę. Wklejanie stylu w każdą komórkę jest irytujące.
Późnonocny dodatek - udało się. Jutro wreszcie rozprawie się z nieszczęsnymi listami w tym szablonie.

Podróżujemy?

Ok, podróż do Indii nabiera sensownego kształtu. Na razie mam opracowane punkty od A do B. Alfabet ciągnie się do L. od A do B mamy czternaście godzin w pociągu. od C do D - piętnaście. Myślę, że będzie szał, zwłaszcza żę wagony bydlęce w Europie to względny luz w porównaniu z pasażerskimi w Indiach. Mam tylko nadzieję, że złapię upragnioną miejscówkę do byznes klasy.

Już teraz wiem, że podróż będzie z cyklu tych dzikszych - jadę z Kano, która niechybnie przynosi specyficzny rodzaj szczęścia*, a po drodze mam się gdzieś trafić z kumplem z Krakowa. No i jeszcze jednym Indianinem któremu kiedyś zupełnie przypadkowo lekko zamętałem w głowie.

Będzie dobrze. Wszystko ostatnio w ogóle idzie w miarę dobrze, co jest lekko niepokojące, acz cieszmy się póki jest. Teraz tylko skończyć krótki kurs żonglerki i ogarnąć tą całą stertę przepisów czekających na publikacje.

*ten rodzaj szczęścia który przynosi przygody i przeżycia, które ciężko przeżyć, ale w sumie miło się wspomina.