Kraków, Kraków...

No, to koniec na ten raz. Zwiedzanie bardzo udane, przydałaby się tylko lekka transplantacja wątroby. Serio - jeżeli ten trend się utrzyma, to przy 29. urodzinach trafie do szpitala. Tak czy inaczej Promienny Polskę wydaje się lubić i całkiem spokojnie już rozmawia o kolejnej wizycie. Jak się poskłada to dość rychłej - póki jesteśmy w tej części świata loty są dość łatwe.

Przyznam, że nie do przecenienia była wizyta u rodziny. Przedstawianie babci która zagadywała w językach i dziadka, który to podrzucał zebrany na szybko agrest i poziomki, to wręczał drobne kwiatki robiło wrażenie nawet na mnie. Powoli kiełkuje mi myśl, że chyba możemy mieć trochę foerver-ever-after. Tylko jakiegoś smoka zatłukę jeszcze papuciem.

A teraz z powrotem do Londynu. I do pracy, eh. Będę się musiał bliżej tego doktoratu zakręcić, bo wysiadywanie w biurze jakoś mi powoli brzydnie.

2 komentarze:

  1. Jezu to prawie jak Disneyland to Twoje partnerskie pożycie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiem. Przerażające to. Trochę się nie odnajduję.

    OdpowiedzUsuń