O trudnościach

Granda! Zdrada. I w ogóle szeroko pojmowana niegodziwość. Łażę na do jujitsu i daje się pomiatać. Ostatnio dotkliwie sponiewierała mnie niewielka murzynka. Sympatyczna skądinąd, chyba że akurat ma ochotę kogoś przewrócić.

Niezależnie od tego we wrześniu miałem się dostać na egzamin na kolejny pas. Szlifuje kolejne techniki, staram się jak mogę a oni z nagła dorzucają do wymagać trzy obrony przed duszeniem. Bo okazuje się, że większość napastników przed przystąpieniem do duszenia stara się zmiękczyć ofiarę sierpowym. I przed tym też się trzeba bronić. Chamstwo.

Czy ja przepraszam, ale tych napaści nie można by jakoś uregulować?

Kraków, Kraków...

No, to koniec na ten raz. Zwiedzanie bardzo udane, przydałaby się tylko lekka transplantacja wątroby. Serio - jeżeli ten trend się utrzyma, to przy 29. urodzinach trafie do szpitala. Tak czy inaczej Promienny Polskę wydaje się lubić i całkiem spokojnie już rozmawia o kolejnej wizycie. Jak się poskłada to dość rychłej - póki jesteśmy w tej części świata loty są dość łatwe.

Przyznam, że nie do przecenienia była wizyta u rodziny. Przedstawianie babci która zagadywała w językach i dziadka, który to podrzucał zebrany na szybko agrest i poziomki, to wręczał drobne kwiatki robiło wrażenie nawet na mnie. Powoli kiełkuje mi myśl, że chyba możemy mieć trochę foerver-ever-after. Tylko jakiegoś smoka zatłukę jeszcze papuciem.

A teraz z powrotem do Londynu. I do pracy, eh. Będę się musiał bliżej tego doktoratu zakręcić, bo wysiadywanie w biurze jakoś mi powoli brzydnie.

Cisza

Tak sobie na chwilę umilkłem, bo właśnie z Promiennym zwiedzamy Kraków. Najpierw byliśmy się przedstawić Babci (zatwierdzony), potem poobwozilismy po Śląsku a teraz się epatujemy krajem.

W międzyczasie dochodzę do wniosku, że tutaj jednak jest na prawdę fajnie i że chętnie by mi się wróciło. Albo na ten przykład nie realizowało biletu powrotnego na Londyn. Trochę się to kłóci z planami na doktorat w Australii, ale promotor któremu złożyłem niezobowiązującą* wizytę wspominał że tutaj też by się dało.

No nic, Promienny łapie trochę słownictwa. Od poniedziałku będę poił barszczem, może się znaturalizuje. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, dlaczego to wszystko się nie poskładało tutaj? Reklamację jakąś proszę...

*przecież obroniony już jestem...

O Eurydyce

Jest parę dźwięków, które na stałe wryły mi się w synapsy - Cheb Mami "Douha Alia" które nieodmiennie kojarzą mi się z moją pierwszą miłostką (raptem dwa lata życia). Czy mniej lotnie - O-Zone z letnim hitem uporczywie nasuwające wspomnienia pewnego... lata.

Wycie Cat Power i młodzieńcze ataki weltszmercu. Apocalyptica i babcia myjąca okna. Od zewnątrz na piętrze balansując na parapecie. Czy bardziej przyziemnie - Loreena McKennit na dziewięćsetnym kilometrze Camino. Bent "Kisses" z marszami na siatkówkę, Chylińskiej "Niebo" z jednym bardzo smutnym grudniem. Moby "Lift me up" z całkiem ciekawą nocą na dalekiej wsi (ach te głuszce....). Stare Dobre Małżeństwo które atakuje czasem nostalgią i spokojem. Jamie Cullum i jego "Don't stop the music" z Młodym (Bogiem).

Natomiast to

jest Kraków. Już za dwa dni. Nieczęsto rwę się do latania, acz tym razem sam rozkręciłbym śmigło!

O wątpliwościach


Po prostu nie mogę ich mieć. Ale po kolei - podejrzewałem się kiedys o bycie lesbijką. Głównie dlatego, że do Promiennego wprowadziłem się na drugiej randce. A wszyscy wiemy co robią lesbijki na drugiej randce, n'est-ce pas? Oczywiście istnieją pewne przesłanki świadczące że jednak nie jestem:
- Promienny lesbijką zdecydowanie nie jest
- nie mam kota
Inna rzecz, że jak uczy trzyczęściowy ostatnio sprawa jest dużo bardziej skomplikowana.

Jeżeli już nawet jestem, to jednak w wersji udomowionej i ze spiłowanymi zębami- wypiekam, piorę i sprzątam. Tradycyjnie już co niedziele pojawia się ciasto (przepis na Śmiertelny Serniczek już niedługo). I ze dwa bochenki chleba.

Jakbym miał teraz wątpliwości, że Promienny zna mnie nieco lepiej, niż mi się wydaje... Na urodziny dostałem przemysłowego kalibru mikser. To ma coś pod kunia mechanicznego mocy. Przecież gdyby mi się tam kot wplątał (którego nie mam), to co najwyżej zostałby pasztet!
A tak serio, to ostatnim tak trafionym prezentem było moździerz.

O fluktuacjach

Są taki dni, kiedy od rana wiadomo, że będzie źle. Wchodzę sobie na Amazon z zamiarem zakupienia mapy Indii, które mam zamiar dalej rozpoznawać jesienią, a tam to:


Przecież zupełnie nie mój styl... Po takiej potwarzy nawet prowadzenie projektu, któremu zapomniano podpiąć budżet, za to zaopatrzono w raczej niechętny temu przedsięwzięciu zespół indywidualistów to fraszka. Nie wspomnę już o tym, że na goglu blog zaczął przegrywać z Wikipedią. Dramat. Chyba pójdę i chwilę poleżę w skupieniu. Poziom zadowolenia wyfluktuował mi się chyba do Holandii.

Wrogowie naturalni

Każdy ma swoich wrogów naturalnych. Węże zżerają króliki, krokodyle antylopy, a tchawice dusimyszy. Jak dotąd trwałem w przekonaniu, że moim naturalnym wrogiem są kruche blondynki na jujitsu. Myliłem się.

Przedwczoraj ćwiczyłem z niezbyt rosłym i raczej dojrzałym Japończykiem. Miotnął mną o podłogę. I zastosował szesnaście sposobów łamania ręki. Faktycznie - skuteczne. Do teraz lekko mnie rwie w łokciu. Całkiem widowiskowy jest też Indyjskie Kleszcze Śmierci (tak, serio się tak technika nazywa). Tak śmiesznie zakłąda się człowiekowi nogi na krzyż, a potem wbija je przez kręgosłup w górę. Nieprzyjemne, faktycznie.

Trochę się tylko podbudowałem na London Pride maszerując radośnie w odzieniu bojowym. I Promienny nawet się nie obraził na rozdawanie uścisków (i innych takich) chłopcom po drodze.