Na. Pomoc!


Koniec! Pojechali. Trochę na szczęście - fajni ludzie, ale przy trzecim wyjściu do restauracji myślałem że kelnera zatłukę podgrzewaną łyżeczką. Chyba mam jakiś limit kalorii - po przejedzeniu żarła któe zadowoliłoby średniowymiarową indyjską mysz po prostu się wyłączam. Pewnie nie pomógł fakt iż wypiekłem po drodze chelb tak organiczny, że kolejnym krokiem jest tylko własnoręczny wypas zboża.

No nic, po zaliczeniu galowego koncertu orkiesty królewskiej, gdzie chłopaki wybitnie się nie starali, mogę spokojnie zabrać się za wypiek Śmiertelnego Sernika. W wersji light, rzecz jasna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz