O magii

W naszym związku jest dużo magii. Można wręcz powiedzieć, że jest jak w bajce. Ja na ten przykład jestem księżniczką. Bywa to problematyczne, bo technicznie rzecz ujmując Promienny też. Mimo tego jest magicznie.

Zdarzają się jednak chwile, kiedy magia nie idzie nam w sukurs. Od kiedy zacząłem wstawać rano i chodzić na siłownię* (co udaje mi się w dwóch podejściach na pięć) wieczorami, zwykle o 18:00, zamieniam się w dynię. Czasami, ale to na prawdę czasami udaje się tą dyniowatość przezwyciężyć niesportową ilością kawy. Zdecydowanie nie jestem poranną istotą.



*przypakowaną księżniczką, tak gdyby smok wrócił.

Czas na umieranie

Swego czasu pałętał się na afiszach film o zrobieniu listy rzeczy które chcemy przeżyć przed śmiercią. Przeżywanie ich przed śmiercią ponoć jest dużo fajniejsze niż po. I jak przyznam, że mam dobrych parę notek do opublikowania to dzisiejszy wieczór idzie poza kolejnością - a to dlatego, iż odkreśliłem jeden punkcik na tej liście. Otóż, mam za sobą pierwsze dwa musicale w Londynie. Najpierw skromnie, bo tak:



Przyznam, bardzo miłe i lekkie, mimo że teatr znajdował się pod stacja kolejową i czasem dźwięki pociągu nadawały przedsięwzięciu lekko undergroundowego charakteru.

Natomiast dzisiaj już z przytupem. Już przy pierwszym akcie, kiedy na salę posypało się confetti* musiałem się zacząć pilnować. Gdyby ktoś się zastanawiał, to nie były łzy wzruszenia. Zdecydowanie nie byłem wzruszony. Po prostu akacja pyli, sprawdzałem. Nie mam pojęcia, dlaczego franca akurat w teatrze pyli, ale robi to strasznie namolnie. Szczęśliwie udało mi się przed drugim aktem ogarnąć i dalej już bez wpadek.



A w przyszłą sobotę to:



*przypuszczam, że umiejętność zachwycenia się musicalem to coś, co mam wbudowane w genom. Idzie razem w pakiecie z umiejętnością rozróżniania kolorów (szczególnie słoniowego**) i faktem, że moja dziewczyna nazywa się Adam***
**słoniowy to taki kolor, jak przekroić słonia na pół
** wszelkie podobieństwo do osób przypadkowe, jako że imię zwyczajnie zmyśliłem

Jak działają banki

Hej,

udało mi się zamknąć konto poprzednie konto bankowe. Niestety wszystko wskazuje na to, iż moje pieniądze zostały przywiązane go gołębia pocztowego, który właśnie stara się dolecieć do nowego banku. Mam nadzieję, że nie padnie po drodze.

Pensja wpłynęła już na nowe konto. To w sumie dobra wiadomość - poprzedni bank nie dorwie jej w swoje łapy i nie będzie jej przywiązywał do różnego ptactwa. Przeleję Ci pieniądze za czynsz wieczorem (zrobiłbym to teraz, ale potrzebuje niebieskiego urządzenia, które mi ostatnio wysłali, wraz z martwą wiewiórką i garścią soli).

Postaram się też ustawić stałe zlecenie, będę niestety musiał najpierw sprawdzić fazę księżyca, a także czy System jest zgodny z bieżącą oribtą Jowisza. W wypadku komplikacji postaram się jak najszybciej dotrzeć do Stonehenge i dokonać niezbędnych poprawek.

Pozdrawiam,
JA

O cierpieniu

Jedna z najważniejszych lekcji życiowych brzmi, by nie smażyć bekonu nago. No ok, logiczne. Nauczyłem się też kiedyś, że siekając chili należy potem zachować sporą ostrożność i trzymać własne łapy z daleka od siebie przez czas jakiś. Nikt natomiast nie przygotował mnie, na możliwość siekania chili przez promiennego. Czuję się skrzywdzony. W bardzo wielu miejscach.

O krwiożerczości

Dobrych kilka godzin i masę kilometrów na przełaj zajęło mi znalezienie miejsca na ciało. Problem w tym, że nie wiem na czyje bo się obudziłem. Jakiś taki niestabilno-krwiożerczy się czuję.

Tak na przykład przedwczoraj obudziła się we mnie bestia i pokąsałem z rana Promiennego. A on biedak tylko zapytał, czy przynieść mi kawę - do łóżka! Pewnie dlatego, że zapytał trzy razy nie rejestrując pierwszego mruknięcia. Bardzo to nieedukacyjne z mojej strony, będę się musiał pilnować. I wyraźniej mamrotać.

A w międzyczasie ziściło się jedno z marzeń dzieciństwa. Projektor, ekran, fajne głośniki i takie coś. Coś czuję, że mogę niedługo zachorować przewlekle i zupełnie nie będę w stanie iść do pracy. Co prawda promienny odgraża się, że będziemy na tym ekranie jakiegoś Felliniego oglądać. Nie wiem, co na to sam Fellini, bo ja to bym się krępował.

Na zadyszkę

Zapraszamy do Raju. Raj, model standardowy. Na lewo wilki w owczej skórze, na prawo świniowe podkładańce, na wprost natomiast urocze bagno. Mam nadzieję, że przeczucie mnie myli, ale wokoło ma miejsce jakiś gruby przekręt. I trochę się niepokoję, bo asów w rękawie za wiele nie mam. Może sobie zatem chwilowo będę siedział, się uśmiechał i starał trzymać zasad. W najgorszym wypadku wyjdę z rozgrywki w negliżu, acz honorowo. Bardziej pikantne szczegóły w okolicach sierpnia.

Ze spraw bardziej przyziemnych to praca, jak miło płatna to lekko irytująca, życie towarzyskie dalej raczkuje a i jakoś za bardzo mi się nic nie chce. To pewnie od tej siłowni, co to na nią chodzę pięć razy w tygodniu (patrz powyższe o negliżu). Nadrabiam za to trochę gotowanie i na niedzielę będzie ze stówa pierogów, upichciłem całkiem udany mazurek z różą i migdałami i zabieram się niedługo za porządny atak na kuchnie tajską. Mam w sumie warunki, nie?

Od dłuższego czasu chodzi mi też po głowie pomysł na coś takiego! Właściwie w pewien sposób prowadziłem taki biznes w Krakowiu, tylko że bez żadnego wstępnego. Zobaczymy, zobaczymy...

Piosenka w klimacie: