O braku szczęścia - epilog

Nawiążę sobie jeszcze do przedostatniej notki. Jak zwykle nie potrafię się cieszyć porządną depresją, szanować z trudem wyhodowanej melancholii czy też po prostu mieć prozaicznego doła.

Tak sobie siedziałem w sobotni wieczór, nie mając planów co by z nim zrobić i się odezwałem. Ha, Odezwałem, biorąc pod szczególne okoliczności przyrody. Zstąpił na mnie duch święty i przemówiłem w językach. A dokładnie po Hiszpańsku.

Duch święty wziął się z połowy butelki wina, która się jeszcze po Promiennym ostała, acz poszedł sobie niewiele później zabierając też wzmiankowane języki. A ja zostałem z chętnym do konwersacji znajomym z Hiszpanii, który co jakiś czas będzie mnie ćwiczył w swojej mowie. Fajno, nie?

4 komentarze:

  1. @f. Hm, faktycznie, parę zdań przepisałem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znalazłam wczoraj przypadkiem i zostałam. Powoli doczytuję archiwum;) Bardzo przyjemna lektura.
    Ale tej notki też nie rozumiem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Eh, czasami tak mam że brnę w gąszcz metafory.

    W zeszłym roku spędziłem sześć tygodni w Hiszpani, brnąc przez nia piechotą w szerz, bez znajomości języka.

    To się go też nauczyłem, gdyż jakiś tydzień lazłem z Baskiem który gadał albo bo baskijsku, albo po hipszańsku. Wybrałem opcję H.

    Cóż mówić, mój język jest raczej słaby. Czas przyszły tworzę frąc ryja FUTURO co drugie zdanie. Ale okazuje się, że jak mam sobie ochotę pogadać, to piszę całkiem nieźle. Czym zaskoczyłem się w sobotę :)

    OdpowiedzUsuń