O nudzie

Nuda. Dorobiłem się żółtego pasa w jujitsu i rozważam doktorat z botaniki. No tak, może i dziwny to zbiór, ale:
a) nie co dnia zdarza się okazja rzucać człowiekiem z czarnym pasem
b) nie mam pomysłu co dalej

Generalnie udało się dostać, całkiem gładko, do UK, zacząć się dorabiać. Wypadałoby teraz zabrać się za sadzenie drzew, budowanie domów i płodzenie syna. Acz słabo widzę perspektywy na płodzenie niestety.

Z tej a też nie innej okazji wypadałoby sobie tak trochę usiąść i się zastanowić co dalej. Więc ogłaszam niniejszym że będę się zastanawiał.

O malych dramatach

Promienny skończył właśnie 35 lat życiorysu. Serio. Ja nie wiedziałem, ze ludzie tak długo żyją. Podejrzewałem, ze kurz może mieć jakieś trzydzieści lat, a co większe kamienie może nawet trzydzieści dwa, ale aż tyle? Niestety postanowiłem podzielić się z nim tą obserwacją (trzy razy) i przyznam, że zniósł ją co najwyżej "dzielnie". Ale dalej trwa i dalej się nie żremy.

Opóźnienia.

Troszkę opóźniony jestem w pisaniu, przynajmniej o trzy notki. Przypuszczam, że o jednej to już w ogóle zapomniałem. To wszystko przez to że nie rozmawiam z Promiennym. Wrócił wreszcie po dwóch tygodniach i nie wiem o co chodzi, ale zupełnie nie mamy czasu na rozmowy.

Kiedy pojechał postanowiłem trochę wtopić się w tłum i poudawać Brytyjczyka. Z tej okazji zabrałem się za tradycyjne i nietrudne ciasto - flapjacka. Niestety okazało się, że flapjack jest tak brytyjski jak Sir Arthur Conan Doyle. Skądby jednak nie pochodził jest miły i łatwy w przygotowaniu i Brytyjczykom podchodzi bardzo. Zatem - Flapjack Morelowy.

Krótka piosenka o zabijaniu


W niedzielę mam zamiar rozprawić się z Flapjackiem. Ciatko takie, niemal tak brytyjskie jak Chicken Tikka Masala (odpowiednik naszego schabowego, jeżeli chodzi o popularność w brytyjskiej kuchni).

Nim do tego dojdzie, chciałem przedstawić sposób na szparaga. Tradycyjnie podaje się go a la Polinaise, a tak przynajmniej mianują go Francuzi. Podanie tradycyjne nie jest trudne - gotujemy, polewamy przyrumienioną na masle tartą bułką.

Inna metoda, którą ostatnio złapałem to grill. Potrzebujemy patelnie grillową, małe stadko szparagów, sól i pieprz. Szparagi obieramy, chyc na patelnie. Zadajemy soli i pieprzu, pod koniec skrapiamy sokiem z cytryny. Szau jest.

Z myśli różnych

Mówiłem już nie raz, że myślę. Generalnie nie staram się zbyt często, bo to w życiu przeszkadza, ale jednak czasem. Ostatnio poruszył mnie wiekizm. Wiemy wszyscy, że generalnie po trzydziestce jedyne co można zrobić do wyheblować sobie trumnę i dać się pochować. Przynajmniej wedle wszystkich rzekomo atrakcyjnych młodzianów.

Pomijając fakt, ze czuję już - bardzo dosłownie - oddech trzydziestki na karku, zastanawiam się ile życia nam to wycina. W sensie, na ile się międzypokoleniowo nie rozumiemy. Z jednej strony im mniej smarkaty jestem tym mi lepiej. Z drugiej strony powoli wysnuwam się z stereotypu młodości. Ciekawe ile zrozumienia świata mi umyka, tylko przez to, że osoba starsza ode mnie od 10 czy ileś lat obraca się w kręgach, o których nawet nie wiem, że istnieją.

Acz pewnie już bredzę. Czy coś.

O braku szczęścia - epilog

Nawiążę sobie jeszcze do przedostatniej notki. Jak zwykle nie potrafię się cieszyć porządną depresją, szanować z trudem wyhodowanej melancholii czy też po prostu mieć prozaicznego doła.

Tak sobie siedziałem w sobotni wieczór, nie mając planów co by z nim zrobić i się odezwałem. Ha, Odezwałem, biorąc pod szczególne okoliczności przyrody. Zstąpił na mnie duch święty i przemówiłem w językach. A dokładnie po Hiszpańsku.

Duch święty wziął się z połowy butelki wina, która się jeszcze po Promiennym ostała, acz poszedł sobie niewiele później zabierając też wzmiankowane języki. A ja zostałem z chętnym do konwersacji znajomym z Hiszpanii, który co jakiś czas będzie mnie ćwiczył w swojej mowie. Fajno, nie?

O sekrecie

Mam taki mały sekret. Właściwie to właśnie się dowiedziałem że mam sekret, bo nigdy sprawy nie trzymałem w tajemnicy. Otóż, mes cheurs, mam coś jakby sobowtóra. Dzisiaj jeden z odleglejszych znajomych, podobnie do Promiennego - Indianin, postanowił znaleźć mnie na Skypie. Coż się zatem stało...

Otóż jest nas dwóch. Te same personalia (od miana po wiek), przez wiele lat - to samo miasto, niemal identyczna praca, bardzo podobne adresy pocztowe (tak, czasami przesyłamy sobie zagubione maile). Da się nawet dopatrzyć pewnego fizycznego podobieństwa!

Aż do dzisiaj mnie to jakoś nie zastanowiło, acz jest to trochę dziwne. Straszne wręcz. Chyba przeszukam mieszkanie, bo nagle czuję się obserwowany.