O wyciu

No to poleciałem do Krakowa. Przyznaje się - w zdrożnym celu. Miałem ambitny plan nadrobić sobie zaległości w imprezowaniu się, prowadzaniu się (niecnym) i w ogóle wszelakich bezeceństwach* którym dawno się już nie oddwałem

Było bezbłędnie. Trzy noce, cztery imprezy. Debiut w habicie i na wysokim obcasie. Na raz. Plus cała masa pomniejszych spotkań. A teraz - wyłbym. Nie wypada, nie? Ale ostatni raz to mi się zrobiło tak nostalgicznie jak wywieziono mnie za Odrę i przetrzymywano chwilę dłuższą.

Tutaj, znaczy się w Londynie, jest lepiej - przynajmniej w większości kwantyfikowalnych aspektów. Pomijając ewentualnie tłumy ludzi, których już nawet nie mam ochoty okładać oderwanymi kończynami. Natomiast w aspektach niekwantyfikowalnych jest jakoś słabiej.

Ać, zachciało się świat podbijać. Ciekawe, czy Promienny polubi Kraków? Bo ma to pewien przewrotny urok - tak sobie wyskoczyć po hm... branka i wrócić? No nic, pomyślimy, poszukam jakiegoś ark... argumentu. A teraz idziem gotować Curry na cztery ręce.

* oczywiście z poszanowaniem wszelakich cnót i godności co do których prawa rości sobie Promienny.

2 komentarze:

  1. W habicie i na obcasach - siostra perpetualnej indulgencji czyżby? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, taka była ogólna inspiracja, acz w klasycznej kolorystyce. A i tak pan kioskarz patrzał, jakby chciał mnie zatłuc gazetą...

    OdpowiedzUsuń