O braku szczęścia

Sodomna i Gomoria! Ba, żeby sodomia aby, to przynajmniej byłoby trochę rozrywki. A tu nic. Promienny zebrał manatki i pojechał odwiedzać rodzinę. Na jakieś TRZY TYGODNIE! No ja się pytam, kto normalny jedzie odwiedzać rodzinę na trzy tygodnie?! Jak sobie dobrze przypomnę to mój osobisty rekord wynosi jakieś 72 godziny i - powiedzmy sobie szczerze - jak się cieszyli że przyjechałem, to jeszcze bardziej się cieszyli jak wyjechałem.

I ja tu teraz taki samiuśki siedzę, że prawie mi jest siebie żal. Nawet chciałem popaść w alkoholizm na tą okazję, ale problem taki że nie lubię chodzić do pracy na kacu. A poza tym alkoholizm jest ponoć passé i teraz trzeb się brać od razu za ciężką chemię.

Miałem nawet taki krótki projekt samo-przytulania, acz po krótkim namyśle zaczęło mi to podejrzanie trącić jakąś perwerą. A tak przecież być nie może.

Z tej desperacji, to chyba do muzeum pójdę.

O szczęściu

Dziś z rana obudziłem się o 7:30 radośnie potrząsany przez małą kuleczkę szczęścia znaną jako Promienny. Chciał porozmiawiać. Jako że wstrząsanie nie przynosiło porządanych efektów (czynny udział w konwersacji) postanowił mi przyłożyć do pleców swojego laptopa. Pięknego, metalowego laptopa. Zimnego laptopa.

Jakby momentalnie światło rozjaśniło me oczy. Czerwone. W tle zaczęły drzeć ryje niewiniątka, a anielskie fiszharmonie... Nieważne. Przyniósł potem kawę i ma wszystkie kończyny. Jak na razie.

W ogóle to ostatnio zauważyłem, że robię się mało społeczny, tak gdzieś od hm... września zeszłego roku. Podejrzewam spory wpływ Camino - generalnie jakoś przestało mi strasznie zależeć na ogromnych ilościach towarzystwa. Czyżbym oszalał? Generalnie nie mam już (za bardzo) zwidów i prowadzam się w miarę szczęliwie, acz chyba zostanę odludkiem. Nawet piszę jakoś mniej regularnie. Niepokojące to. Może czas zupełnie wsiąknąć w anglosaską kulturę i załatwić sobie psychoanalityka któremu będę mógł opowiadać różne ciekawe historie?

O aktywności.

Ten cały aktywny tryb życia to mnie wykończy. Bo wspominałem pewnie, że się obłapiam z różnymi chłopcami na branżowym jujitsu, prawda? Przeplatam to sobie też siłownią i czasem językami, acz to już inna bajka.

Tak czy inaczej o ile jujitsu jest ogólnobranżowe to przychodzą raczej chłopcy. Albo panowie. Zdarzy się jednak że czasem przyjdzie jakaś - o zgrozo - lesbijka. Spodziewałby się człowiek, że przyjdzie lesbijka porządna, z długimi zębami i żująca tytoń.

Ha! Chyba że jest to krucha blondynka, tak z metr piędziesiąt. I z miłym uśmiechem podejdzie do człowieka i trzepnie nim o matę tak, że mało nereczki mu nosem nie wyfruną. Tym samym nauczyłem się dwóch rzutów przez biodro. A dokładniej bycia ofiarą dwóch rzutów przez biodro. Potrafię też być duszony i całkiem nieźle wychodzi mi bycie kopniętym. Fajnie, nie?

O bogactwie

Dorobić się bogactwa – rzecz niełatwa. Chyba, że duchowego bo w tutaj ponoć wystarczy czytać Coelho i umieć znacząco milczeć. Materialnie natomiast jest trudniej, a o ile trudność ta w przypadku jednostki jest znaczna, to w przypadku zbiorowości skala musi rosnąć tym bardziej.

Niewątpliwie niektórym się udaje i myślę, że warto tutaj uczyć się na cudzych błędach, a tym lepiej – sukcesach. Jak wiemy Wielka Brytania być może nie jest krajem miodem i mlekiem płynącym, ale średnio jest tu bardziej zasobnie. Nie popadając w dywagacje natury historycznej jednym z czynników jest pewnie kontrola wydatków.

Tak na przykład służba zdrowia, co właśnie sprawdziłem. Kaszlę sobie trochę ostatnio, głównie od 22:00 do rana, co przeszkadza mi lekko w odpoczynku i przeszkadza też Promiennemu poniekąd. Postanowiłem więz zająć się sprawą i umówić do lekarza. Ha! Umówiłem się. Na mniej więcej końcówkę przyszłego tygodnia. Bo tylko wtedy się da.

Podoba mi się ten system. Przypadki na prawdę ciężkie do tego czasu wyzdychają, przypadki lekkie wyzdrowieją a pozostałe 5% dotrze jakoś do lekarza i może będą chorować akurat na coś intrygująco skomplikowanego. Ergo - kapuche wydajemy na leczenie jakich 5%, bo reszta albo wyzdycha, albo wyzdrowieje. W obu przypadkach samodzielnie. Ja osobiście uważam, że ta strategia się musi sprawdzać. Będę to stosował w pracy.

O wyciu

No to poleciałem do Krakowa. Przyznaje się - w zdrożnym celu. Miałem ambitny plan nadrobić sobie zaległości w imprezowaniu się, prowadzaniu się (niecnym) i w ogóle wszelakich bezeceństwach* którym dawno się już nie oddwałem

Było bezbłędnie. Trzy noce, cztery imprezy. Debiut w habicie i na wysokim obcasie. Na raz. Plus cała masa pomniejszych spotkań. A teraz - wyłbym. Nie wypada, nie? Ale ostatni raz to mi się zrobiło tak nostalgicznie jak wywieziono mnie za Odrę i przetrzymywano chwilę dłuższą.

Tutaj, znaczy się w Londynie, jest lepiej - przynajmniej w większości kwantyfikowalnych aspektów. Pomijając ewentualnie tłumy ludzi, których już nawet nie mam ochoty okładać oderwanymi kończynami. Natomiast w aspektach niekwantyfikowalnych jest jakoś słabiej.

Ać, zachciało się świat podbijać. Ciekawe, czy Promienny polubi Kraków? Bo ma to pewien przewrotny urok - tak sobie wyskoczyć po hm... branka i wrócić? No nic, pomyślimy, poszukam jakiegoś ark... argumentu. A teraz idziem gotować Curry na cztery ręce.

* oczywiście z poszanowaniem wszelakich cnót i godności co do których prawa rości sobie Promienny.