O Wandzie

Znowu będę ociekał szczęściem. Z góry przepraszam - ostatnio jakoś tak wychodzi i przyznam, że momentami nawet lekko zastanawiałem się nad jakimś dramatem, tragedią, czy choćby w ostateczności chwilą zadumy.

Kolejną zwyżkę endorfin zawdzięczam pewnie wzmożonej aktywności sportowej. Pomijając zwyczajowe hasanie na dystans i siłownię - znalazłem jeszcze branżową grupę jujitsu. Tak - sport którego znakomitą większością jest obłapianie się i przerzucania po matach. Wbrew pozorom rzecz szalenie przyzwoita. Jakby nie było większość ludzi nie odczuwa odruchowego pociągu do osoby wykręcającej nam chwilowo rękę w dziwną stronę i wbijającą kolano pod żebra. Przynajmniej ja tak mam (zazwyczaj). Czekam też jeszcze na lekcje typowo obronne, jak zasłona dymna z pudru, czy też podstępne pchnięcie szminką.

A ze zwykłych zagrań - ciasteczka. Tym razem inspirowane przepisem znalezionym w sieci, na blogu White Plate (który to bardzo lubię i czytuję regularnie).

Wypiekać lubię, acz zwykle niedługo, więc przepis idealny. Zaświadczam że było miło, łatwo i przyjemnie, no - może poza momentem w którym wywaliłem na siebie słoik dżemu. Warto - gdyby Niemiec miał takie ciasteczka, Wanda mogła by żyć.

Z modyfikacji - dżem malinowy pomieszałem 1:1 z porzeczkowym i zrobiłem je mniejsze. No i nie miałem papieru do wyłożenia foremek, więc przeżyłem chwile dramatu z widelcem i łopatką. Bez strat, na szczęście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz