O muzyce

Kocham muzykę. Ona mnie ewidentnie też. Niestety - o ile ja ją kocham raczej statecznie i mało namiętnie, to z jej strony popada to już w lekką obsesję i stalking. Wszyscy pamiętamy że mieszkałem swego czasu ściana w ścianę z niespełnionym muzykiem rockowym, n'est-ce pas?

Jakby nie było przemrówkowałem* się jakiś czas temu do Promyczka i wszystko było pięknie. Właściwie do wszystko nadal jest pięknie, ale... otóż właśnie: "ale!". Pod nami mieszka, nie żartuję - śpiewaczka operowa. Szczęściem raczej nieczęsto ją słychać, acz okazjonalnie drz... ćwiczy. Za pierwszym razem to właściwie nawet nie uwierzyłem.

Nad nami natomiast mieszka para Irlandczyków, którzy ewidentnie są entuzjastami klasycznego hardshoe. Jak wygląda hardshoe? Proszę:



Otóż co rano zaczyna się balet. Podjrzewam że przywiązują sobie cegły do stóp i stepują z od okna po drzwi i het, na zad. Pewnie nie zawsze wychodzi, dlatego czasem on rzuci nią o drzwi, a ona pacnie go taboretem. Przeuroczy są, ale serio - czasem mam wrażenie, że naparzają się meblami pod takt gaelic folk.

Ociekam szczęściem. Przypuszczam że brakiem problemów byłbym w stanie doprowadzić każdego psychoterapeutę do łez. Acz słowo daję, kiedyś wypełznę z wyra o tej szóstej, wespnę się po schodach i odgryzę stopy przy kolanach.

* znaczy się co parenaśnie dni wpadałem z plecakiem na poprzednie lokum i wynosiłem trochę rzeczy. Jak tak dalej pójdzie, to skończę gdzieś w połowie marca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz