O wegetarianiźmie

Poniższa notka zdecydowanie nie nadaje się dla wegetarian. Serio.

Promienny ostatnio obudził mnie kostką lodu. Równie dobrze można iść sobie poskakać po zamarziętej rzece. Jak on to przeżył, to nie wiem, acz rokuje to na przyszłość w miare nieźle. Chyba że będzie kontynuował zbliżone zagrania. Wtedy "póki smierć nas nie rozłączy" może mieć miejsce jeszcze tej wiosny.

Postanowiłem zatem podejść bestię na sposób i zemścić się subtelnie - na żur. Mina osoby wychowanej w kulturze dość wegetariańskiej, kiedy różne niewymowne fragmety menażerii ladowały w garze - bezcenna. Nie byłem w stanie dostać pewnych istotnych fragmentów, ale jakby się ktoś zastanawiał, to żur z choriso i alpenische cabanossi wychodzi nieźle. Dorwałbym tylko cwaniaka, który napchał sera do tych kantowanych kabanosów i przewlekł edukacyjnie po tłuczonym szkle. Trzeba być zupełnie pozbawionym zasad, żeby taką rzecz zrobić przywoitej kiełbasie.

Cała akcja przypomniała mi za to o dawnym, rodzinnym sposobie na wegetarian. Cóż potrzebujemy:

- kurczaka
- zegarek na łańcuszku

Kurczaka chwytamy pewnie za gardło. W wersji mrożonej - pod skrzydełko. Machając uwodzicielsko zegarkiem hipnotyzujemy i wmawiamy że jest marchwią. Powstałą marchew stosujemy jako zamiennik kurczaka w dowolnym przepisie.

Warto zauważyć, że kurczaka należy zahipnotyzować w całości, a nie tylko część przednią. Inaczej sprawa może stać się dość nieprzyjemna przy odrywaniu natki.

* może być mrożony, acz wymaga to pewnej praktyki

P.S. Żur smakował, nawet bardzo.

O zbiegu okoliczności

Miałem w sumie napisać o ciekawym daniu - makaronie z czerwoną kapustą. Nie napiszę, acz nadmienię że przepis ciekawy, choć następnym razem przyrzadzę go bardziej na pikantnie, niż slodko. Planowałem też spisać przepis na muffinki krówkowo-miodowe z jagodami, ale tego też nie zrobię. Warto tylko zauwazyć, će nie są to najlżejsze muffinki jakie jadlem (choc smakuja nad wyraz dobrze, szczególnie od trzeciego dnia wzwyż).

Ot, dopadł mnie zbieg okoliczności. Poszedłem ja sobie z Eru na odrobine wina. Nawet w promocji było jedno z lubianych, choć na Cono Sur bardziej bym sie ucieszył. Anyway, tak sobie siedzielismy, konwersowalismy i w ogóle, aż nie wiedzieć kiedy zerwał się wiatr. Na szczęscie jako człowiek do gruntu rozsądny wybrałem sie w pore i stawiajac czoła wichurze dotarłem do domu.

Wszystko, absolutnie wszystko zgodnie z planem. Nawodniłem sie, odswiezyłem nieco i udałem na spoczynek. Nad ranem zazyłem odrobine srodków na oczywista w wietrzną pogodę migrenę i jeszcze chwile sie zdrzemnalem. Ta. Tutaj zaczely sie schody, bo migrena jakby przybrała na sile, weszła w konszachty z czyms niewapliwie szkodliwym co musialem wczesniej skonsumowac i wepchnela mi twarz w poduszke.

Wiecie jakie sa efekty uboczne leków antyalergicznych? Nudnosci i sennosć. Cos miga, prwda? Okazuje się, że Promienny ma wszystkie lekarstwa popakowane w ładne pomkarańczowe buteleczki, bardzo czytelnie opisane DROBNYM drukiem. Wszytkie IDENTYCZNE. Jak już do siebie doszedłem, upewniłem sie, że wszystko co niebezpieczne stoi oznakowane jakos bardziej.

O nostalgi

Przysadka mi się zmęczyła. I podwzgórze też. Skończyły wydzielać te małe cholery które pół zimy utrzymywały mnie na powierzchni i łubudu - leżymy. Z plusów - tydzień minął szybko, acz tylko dlatego, że od wtorku trwam w swoistym stuporze. Nawet przetaczanie się po matach na jujitsu nie pomogło*.

W efekcie postanowiłem znów w weekend wypiekać, bo to jakoś pomaga. Nawet poszedłem do polskiego sklepu i tam napadła mnie nostalgia. Miejsza już o mąkę kartoflaną, która znalazła się w koszyku nim jeszcze dobrze rzeczony chwyciłem. Dostałem też twaróg. Za to dopiero w domu okazało się, że kupiłem też pół kilo płatków owsianych! Nie wiem, skąd i po co, bo jak żyję to nie pamiętam bym kiedykolwiek się nimi interesował. I co tu z nimi teraz zrobić? Indianin w płatkach? Myślę, że to się nie przyjmie.

*przyznam, że treningi nabierają kolorytu: "Razem nogi. Wiem - instynkt, ale walcz z tym! Walcz! Kolana razem!". W grupie poniekąd męskiej. Miny przechodzącej obsługi - bezcenne.

O Wandzie

Znowu będę ociekał szczęściem. Z góry przepraszam - ostatnio jakoś tak wychodzi i przyznam, że momentami nawet lekko zastanawiałem się nad jakimś dramatem, tragedią, czy choćby w ostateczności chwilą zadumy.

Kolejną zwyżkę endorfin zawdzięczam pewnie wzmożonej aktywności sportowej. Pomijając zwyczajowe hasanie na dystans i siłownię - znalazłem jeszcze branżową grupę jujitsu. Tak - sport którego znakomitą większością jest obłapianie się i przerzucania po matach. Wbrew pozorom rzecz szalenie przyzwoita. Jakby nie było większość ludzi nie odczuwa odruchowego pociągu do osoby wykręcającej nam chwilowo rękę w dziwną stronę i wbijającą kolano pod żebra. Przynajmniej ja tak mam (zazwyczaj). Czekam też jeszcze na lekcje typowo obronne, jak zasłona dymna z pudru, czy też podstępne pchnięcie szminką.

A ze zwykłych zagrań - ciasteczka. Tym razem inspirowane przepisem znalezionym w sieci, na blogu White Plate (który to bardzo lubię i czytuję regularnie).

Wypiekać lubię, acz zwykle niedługo, więc przepis idealny. Zaświadczam że było miło, łatwo i przyjemnie, no - może poza momentem w którym wywaliłem na siebie słoik dżemu. Warto - gdyby Niemiec miał takie ciasteczka, Wanda mogła by żyć.

Z modyfikacji - dżem malinowy pomieszałem 1:1 z porzeczkowym i zrobiłem je mniejsze. No i nie miałem papieru do wyłożenia foremek, więc przeżyłem chwile dramatu z widelcem i łopatką. Bez strat, na szczęście.

O muzyce

Kocham muzykę. Ona mnie ewidentnie też. Niestety - o ile ja ją kocham raczej statecznie i mało namiętnie, to z jej strony popada to już w lekką obsesję i stalking. Wszyscy pamiętamy że mieszkałem swego czasu ściana w ścianę z niespełnionym muzykiem rockowym, n'est-ce pas?

Jakby nie było przemrówkowałem* się jakiś czas temu do Promyczka i wszystko było pięknie. Właściwie do wszystko nadal jest pięknie, ale... otóż właśnie: "ale!". Pod nami mieszka, nie żartuję - śpiewaczka operowa. Szczęściem raczej nieczęsto ją słychać, acz okazjonalnie drz... ćwiczy. Za pierwszym razem to właściwie nawet nie uwierzyłem.

Nad nami natomiast mieszka para Irlandczyków, którzy ewidentnie są entuzjastami klasycznego hardshoe. Jak wygląda hardshoe? Proszę:



Otóż co rano zaczyna się balet. Podjrzewam że przywiązują sobie cegły do stóp i stepują z od okna po drzwi i het, na zad. Pewnie nie zawsze wychodzi, dlatego czasem on rzuci nią o drzwi, a ona pacnie go taboretem. Przeuroczy są, ale serio - czasem mam wrażenie, że naparzają się meblami pod takt gaelic folk.

Ociekam szczęściem. Przypuszczam że brakiem problemów byłbym w stanie doprowadzić każdego psychoterapeutę do łez. Acz słowo daję, kiedyś wypełznę z wyra o tej szóstej, wespnę się po schodach i odgryzę stopy przy kolanach.

* znaczy się co parenaśnie dni wpadałem z plecakiem na poprzednie lokum i wynosiłem trochę rzeczy. Jak tak dalej pójdzie, to skończę gdzieś w połowie marca.