Moonwalker

I jest noc. Głosu wciąż nie mam, ale już się nie krztuszę. Za bardzo... Siedzę sobie zatem w noc, sączy się sok, sączy się dym...



Uzwiązkowiłem się, baszd meg. Z jakiej strony nie przymierzę, to się wprowadziłem. Po cichu, jak metrowa mrówka. Metrem. Powoli spiętrzam książki po półkach, powoli zaczynam wisieć sobie w szafie. I codziennie staram się powtarzać sobie, że to jest to i już tutaj. Bo jak będę sobie często to powtarzał, to uwierzę. A wiara ponoć może dużo. Na przykład wybuchać przechodniów.



Powoli kończy fuczeć zmywarka, więc trzeba się będzie pozbierać i przestać kombinować. Ale tak przyznam, że trochę się boję. Bo jakoś tak trudno się wierzy jednak, bo jest słodko i idealnie. I nawet bez najmniejszych spięć. Nawet pół razu nie chciałem nikomu urwać ręki. Ani odkręcić głowy i zobaczyć co w środku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz