O niedzielach

Dzisiaj Promyczek Szczęścia obudził mnie gdzieś przed dziewiątą. Radością. Ku własnemu zaskoczeniu po rak kolejny nie odkręciłem mu głowy, by sprawdzić co w środku, a co więcej po pół godzinie wybudzania i rozpracowywania szczegółów "sosiezieje" pobieżyłem zrobić śniadanie.

Z ulubionych zagrań ostatnich tygodni - omlet na ostro. Przepis tutaj.

O okresie promocyjnym

Okres promocyjny. Jakie pól tygodnia temu zapoznałem się z rzeczoną teorią. Otóż podle powyższej idylla w związku trwa jakieś trzy miesiące. Wtedy jesteśmy oczytani, elokwentni, porządni i naturalnie chodzimy na wdechu. Po trzech miesiącach na scenę wchodzą powyciągane dresy, ulubione potrawy i uwolniony z nagła żołądek.

A ja z perspektywy niepełnego kwartału zastanawiam się czy to już. No fakt, dwóch emigrantów szukających szczęścia na obczyźnie pewnie szybko się dogada. Ja jestem szczupły i oczytany, on rozrywkowy i kontaktowy.

OK. Ni jedno ni drugie na dłuższą metę nie wyszło. Czytam w metrze, on usypia przed dziesiątą. Co więcej z jednej strony mocny orient, a z drugiej dzicz i kozackie arkany. Choć w tym wypadku arkan to głównie do kiełznania fasoli szparagowej.

Czasem wątpię. Czy to czas na Cat Power? Ech, baszd meg, trochę się boje, mimo że idylla, a feng szuja drze z każdego kąta ryja - dom!. Poleżę chyba krzyżem pod wersalką, a jakby kto dał radę, to trzymać kciuki proszę. Wspominałem, że w pracy Szekspir? Dramat jak się kłania.

O różnicach dalej

Otóż, jak wspominałem - różnimy się. Nie tylko w temacie trybu życia. Na dobrą sprawę przecież można sobie zostawiać karteczki. Różni na jeszcze rzecz niewymowna, a mianowicie gust.

Powiedzmy sobie szczerze - Maharadża jest generalnie światowy i obyty. Na ten przykład uwielbia kino Felliniego. Ja też Felliniego uwielbiam. Kupiłbym wszystkie kopie jego filmu, co do jednej. I zamknął gdzieś*, co by więcej mnie nie napastował. Albo uznał za Atrybut Ludzkości i wysłał w przestrzeń kosmiczną, co by sobie zieloni pooglądali.

Moje gusta natomiast są nieco bardziej egalitarne. Abstrahując od kinematografii, gdzie NIECO się rozmijamy, to przy literaturze w ogóle już przepaść, pająki i dzikie węże na dnie. Nie wspominając czasem o sposobach spędzania czasu wolnego, czy też popularnych rozrywkach.

Na szczęście zbiegamy się przy winie, choć o ile on jest bardziej koneserem i tak lampeczkę, to ja raczej miłośnikiem i być może resztę. I kulinariach. Ja gotuję, rzeczony je. Chyba że jemy, co akurat w Lądynie jest nietrudne. Oj, co się nauczyłem przez ten kwartał to moje. Pomijając uzależnienie od sushi, bo to już chyba nie przejdzie.

*no, może poza okazjonalnym handlem pokątnym, co by na waciki było.

O różnicach

Otóż, mes cheurs - rozmijamy się! Rozmijamy się straszliwie. Pal licho różnice kulturowe i dobre siedem kilo ryżu które odkryłem ostatnio w kuchni. Otóż nasze zegary biologiczne mają się do siebie jak Berlin do Pekinu. Gdy wieczorną młodą porą zaczynam się lekko rozkręcać, zastanawiając się co przyniesie noc dość szybko otrzymuję odpowiedź - zwłoki. Urocze, moje, ale zwłoki.

Bladym świtem z kolei budzę się zwykle obok osobnika, który poziomem energii zawstydziłby sześciolatka po trzecim espresso. W zwyczajowych okolicznościach przyrody zatłukł bym kantem poduszki i zdrzemnął się jeszcze kwadransik, acz nieodmiennie okazuje się że kawa już w drodze. I śniadanie gotowe. I jakoś nie mam serca. Co więcej - mam poczucie winy.

Do tego stopnia, że dzisiaj budzik nastawiłem na szóstą-jezusmaryja-trzydzieści z planem zrobienia cholernej kawy i usmażenia jakiejś sałaty. Ha! Żeby-oby. Bestia bez mrygnięcia wstała i kiedy czołgałem się do kuchni naprędce oporządziła tościki. Odpadam. Proponowałem kurację rohypnol-amfetamina, ale jakoś nie widzę zainteresowania.

O podstawach.

Generalnie lubię gotować, zwykle nawet wychodzi. Oczywiście najłatwiej wywrzeć odpowiednie wrażenie sięgając po coś zagramanicznego, bądź też odrobinę fikuśnego. Pamiętam jakim sukcesem był królik w żurawinie który powstał tylko dlatego, iż z niewyjaśnionych przyczyn w lodówce został mi swego czasu królik jeno i żurawina. Czasem natomiast, szczególnie podczas akcji przez żołądek do serca, przydają się klasyki. Jak na przykład ten.

Moonwalker

I jest noc. Głosu wciąż nie mam, ale już się nie krztuszę. Za bardzo... Siedzę sobie zatem w noc, sączy się sok, sączy się dym...



Uzwiązkowiłem się, baszd meg. Z jakiej strony nie przymierzę, to się wprowadziłem. Po cichu, jak metrowa mrówka. Metrem. Powoli spiętrzam książki po półkach, powoli zaczynam wisieć sobie w szafie. I codziennie staram się powtarzać sobie, że to jest to i już tutaj. Bo jak będę sobie często to powtarzał, to uwierzę. A wiara ponoć może dużo. Na przykład wybuchać przechodniów.



Powoli kończy fuczeć zmywarka, więc trzeba się będzie pozbierać i przestać kombinować. Ale tak przyznam, że trochę się boję. Bo jakoś tak trudno się wierzy jednak, bo jest słodko i idealnie. I nawet bez najmniejszych spięć. Nawet pół razu nie chciałem nikomu urwać ręki. Ani odkręcić głowy i zobaczyć co w środku.

Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu...

Ja od samego początku wiedziałem, że przyjdzie mi zapłacić za znalezienie sobie tego absztyfikanta. Ja po prostu wiedziałem. Karma! I Australijczycy! Nawet nie narzekałem, jak zaczęły mi się mechacić zęby. No przecież mam faceta, to na ch** mi zęby, nie?!

Ale do ciężkiej - dzisiaj wpadłem do komórki na szczotki. No przecież oszaleć można. Jeszcze żeby dyskretnie i z gracją. Nie! Jak worek kartofli przy pełni księżyca. Z resztą gdyby tego było mało wydałem Odgłos. I tyle z dyskrecji.

Bo to taki nowy talent, wydaję z siebie Odgłosy. Wszystko zaczęło się od niewinnego przeziębienia, lekkiego kaszelku i podobnych. A potem pewnej nocy przyszły Odgłosy. Głowę daję niewinna szesnastoletnie dziewica w trakcie dobrego opętania tak nie potrafi. Emily Rose mogłaby pobierać lekcje. Jeszcze zrobię z tym karierę.

Nic, czas na codzienną malignę. Idę założyć lękawiczki i witajcie dusimyszy!

Nakręcę film

Ot, mam pomysł na film. Nawet będę mógł zostać statystą, gdyż od czterech dni ćwiczę bez ustanku niezbędne ku temu umiejętności. Film będzie się nazywał "Noc martwych trupów". Scena pierwsza: wszyscy leżą martwi. Scena druga: wszyscy dalej leżą martwi. Scena trzecia: wbiega powabna blondynka. Wkłada dłoń w paszczę martwego trupa, zaciska jego szczęki po czym kładzie się i umiera. Scena czwarta: wszyscy znów leżą martwi. Scena piąta: wszyscy leżą martwi. Kurtyna!

Wzmożona aktywność łóżkowa pomaga mi się na powrót oddać rozmyślaniom nad odgłosami codziennego życia w Londynie. Wspominałem, może że mieszkam z niespełnionym muzykiem rockowym? To znaczy on się na pewno kiedyś spełni, ktoś kto TYLE ćwiczy musi, albo te wszystkie historie o ciężkiej pracy, którymi karmiono mnie od dzieciństwa nie mają sensu. Musi tylko popracować nad wejście w refren. Po dość długich rozmyślaniach bieżąca technikę jestem w stanie opisać jako "wepchnięto mi w odbyt lutownice i nie wiem czy to lubię". Myślę, że się nie przyjmie.