Że podsumowanie.

No dobra, robi się powoli noworocznie, a ja ewidentnie nie mam nic lepszego do roboty niż stukać teksta po sieci. To znaczy mógłbym nieco popracować nad feng shui swojego pokoju, ale jako że mam go coś pod sześć metrów sześciennych to spokojnie ogarnie się sprawę jutro. Nie wstając z łóżka.

Za to się podsumuję, a co. Ze trzeci raz w tym roku pewnie, bo sporo się działo. Mimo to nadarza się okazja, więc warto posiać chwilę pewnością siebie, bo nieczęsto kiełkuje tak dobrze.

No, 2010. Wbrew przewidywaniom i prognozom, własnej wierze i okolicznościom przyrody zrobiłem się yntelygancja. Magister rzutem na taśmę i szemrany, ale wybroniony jest. W międzyczasie udało się rozwinąć skrzydła KKSu, choć mój udział w tym w miarę skromny. Zdarzyło się też złapać deprechę.

Z tej całej depresji postanowiłem zrobić to, o czym się opowiadałem ponoć od dawna, a czego jakem żyw nie pamiętam. Się wyprowadzić. Mniejsza o to, ale przelazłem z tej okazji Hiszpanię. Bite 1080 kilometrów z bagażem na plecach, o czym zanudzałem już na blogu w sierpniu.

Zgodnie z groźbami po marszach się wyprowadziłem. A właściwie nawet przed. Do Londynu. Jakiś ludzik porównał próbę odnalezienia się w ośmiomilionowym* mieście do nauki chodzenia na lodzie. Cóż, to się udało - znalazła się robota, nawet trzy razy, znalazł się Messer który zawrócił mie we łbie i wydaje się zostać na dłużej. Charakter i parcie na świat ma tak lekkie jak moje więc czekam tylko pierwszych wojen o przyszłość.

Z nadmiaru czasu podrzuciłem trochę wiedzy w Wiki, w kulminacji tłumaczen tu i zastanawiam się, czy kontynuować.

Co nie wyszło... Niewiele. Miałem się naumieć węgierskiego. Nie wyszło. Naumiałem się hiszpańskiego, choć tylko w podstawach. Miałem się też naumieć robić szablą, a tu już substytutów nie mam. Oba plany zawieszone na czas jakiś. Nie usłyszałem też Głosów i nie wiem, co z tym zrobić.

Z planów najbliższych. Mieszkanie. Bytuję w klatce na chomika, rzecz ujmując delikatnie, wiec trzeba będzie rozwiązać ten problem gdzieś do lutego najpóźniej, inaczej oszaleję. W międzyczasie trzeba sobie też sprokurować życie towarzyskie, bo jak Maharadżę miłuję, to czasem trzeba sobie dać parę dni luzu. Ale to w lu.. marcu. I dziki plan mam jeszcze, co by postawić pierwsze kroki w stronę czornego pasa w jujutsu.

Suma summarum, ja to chyba szczęśliwy ludzik jestem. Nawet bardzo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz