Święta, święta...

Plan wystawania na klifie smaganym falami spełzł na niczym. Może to i dobrze, bo słabo znoszę wilgoć. Cała akcja nabrała za to nieco bardziej egalitarnego wydźwięku - zaległem w powyciąganym dresie na kanapie. I się w kocyk zawinąłem.

Tak też przy nastrojowym oświetleniu prowadzę kampanię "święta pełną gębą", co całkiem przyjemne jest. Martwi mnie tylko że niedługo rozmiarówka miast niesamowicie smukłej zrobi mi się po prostu niesamowita. A to zwykle nie wpływa dobrze na humor tak mój, jak i najbliższego otoczenia. Szczególnie najbliższego otoczenia, bo kierując się wrodzoną empatią nie lubię cierpieć sam.

Jest jednak pewna iskierka nadziei - od ósmego stycznia startuję znów w sztukach walki. Gdzieś po dziesięciu z okładem latach przerwy. Może i w Londynie nie ma wszystkiego (jedyna sensowna śmietana jest francuska), ale za to mają branżowy klub sztuk walki. I bynajmniej nie chodzi tu o umiejętne pchnięcie szminką, czy też naparzanie cekinami po makijażu ale prawdziwą i sensowną szkołę.

Mam taki cichy plan, że jak już dochrapię się sensownego stopnia to wrócę do Krakowa i do KKS'u dokleję przybudówkę akrobatyczną, bądź samoobronną. Acz to w kategorii marzeń, bo nie wiadomo jeszcze co na to mój Indianin. Który chce kupić psa. I dom.

2 komentarze:

  1. moze sprobujcie najpierw z chomikiem..

    OdpowiedzUsuń
  2. Sluchaj, ja nie wiem, czego sie naczytałaś ale ja niczego z chomikami próbować nie będę...

    OdpowiedzUsuń