Syndrom ekspata


Jakiś czas temu Eru przestrzegał mnie przed syndromem eskpata. Przyznam, że nie zastawiałem się nad sprawą wcześniej i mam nadzieję, że dzięki świadomemu podejściu uda mi się tego smutnego losu uniknąć.

Syndrom eskpata - czyli jak zostać frustratem. Ot sprawa jest dosć prosta. Siedzimy sobie na emigracji, nikt nas nie lubi, wszędzie tłok, lokalni traktują z góry (albo nazbyt nadskakują) i nie da się dostać podstawowych produktów. Słowem - nikt nie jest takie, jak być powinno, a przy tym wsyzstkim Polacy na emigracji okazują się być bandą prostaków.

Wszystko ma się odmienić podczas wizyty w domu... a tu okazuje się, że obsługa w sklepach chamska, urzędzy nie działają, infrastruktura dramatyczna i nie da się dostać podstawowych produktów. Słowem - na emigracji za granicą lepiej.

Tak się potem toczy, że tu źle i tam nie dobrze. Smutne to gdy wszędzie nam źle. Dlatego uporczywie nie marudzę (za bardzo), staram się z wyrozumiałością podchodzić do porannego marszu pingwinów przez city i nawet za bardzo nie denerwują mnie różnice kulturowe.

Tylko jak tu przeskoczyć żywność? No bo jeszcze nie narzekałem jak podrzucono mi cebulę z rodzynkami w formie sałatki. Wcale. Albo startą surową marchew po-prostu. Ale już stargazy pie mnie pokonała. Z resztą co ja będę opowiadał - zdjęcie (z Wiki) powyżej.

Że podsumowanie.

No dobra, robi się powoli noworocznie, a ja ewidentnie nie mam nic lepszego do roboty niż stukać teksta po sieci. To znaczy mógłbym nieco popracować nad feng shui swojego pokoju, ale jako że mam go coś pod sześć metrów sześciennych to spokojnie ogarnie się sprawę jutro. Nie wstając z łóżka.

Za to się podsumuję, a co. Ze trzeci raz w tym roku pewnie, bo sporo się działo. Mimo to nadarza się okazja, więc warto posiać chwilę pewnością siebie, bo nieczęsto kiełkuje tak dobrze.

No, 2010. Wbrew przewidywaniom i prognozom, własnej wierze i okolicznościom przyrody zrobiłem się yntelygancja. Magister rzutem na taśmę i szemrany, ale wybroniony jest. W międzyczasie udało się rozwinąć skrzydła KKSu, choć mój udział w tym w miarę skromny. Zdarzyło się też złapać deprechę.

Z tej całej depresji postanowiłem zrobić to, o czym się opowiadałem ponoć od dawna, a czego jakem żyw nie pamiętam. Się wyprowadzić. Mniejsza o to, ale przelazłem z tej okazji Hiszpanię. Bite 1080 kilometrów z bagażem na plecach, o czym zanudzałem już na blogu w sierpniu.

Zgodnie z groźbami po marszach się wyprowadziłem. A właściwie nawet przed. Do Londynu. Jakiś ludzik porównał próbę odnalezienia się w ośmiomilionowym* mieście do nauki chodzenia na lodzie. Cóż, to się udało - znalazła się robota, nawet trzy razy, znalazł się Messer który zawrócił mie we łbie i wydaje się zostać na dłużej. Charakter i parcie na świat ma tak lekkie jak moje więc czekam tylko pierwszych wojen o przyszłość.

Z nadmiaru czasu podrzuciłem trochę wiedzy w Wiki, w kulminacji tłumaczen tu i zastanawiam się, czy kontynuować.

Co nie wyszło... Niewiele. Miałem się naumieć węgierskiego. Nie wyszło. Naumiałem się hiszpańskiego, choć tylko w podstawach. Miałem się też naumieć robić szablą, a tu już substytutów nie mam. Oba plany zawieszone na czas jakiś. Nie usłyszałem też Głosów i nie wiem, co z tym zrobić.

Z planów najbliższych. Mieszkanie. Bytuję w klatce na chomika, rzecz ujmując delikatnie, wiec trzeba będzie rozwiązać ten problem gdzieś do lutego najpóźniej, inaczej oszaleję. W międzyczasie trzeba sobie też sprokurować życie towarzyskie, bo jak Maharadżę miłuję, to czasem trzeba sobie dać parę dni luzu. Ale to w lu.. marcu. I dziki plan mam jeszcze, co by postawić pierwsze kroki w stronę czornego pasa w jujutsu.

Suma summarum, ja to chyba szczęśliwy ludzik jestem. Nawet bardzo.

Święta, święta...

Plan wystawania na klifie smaganym falami spełzł na niczym. Może to i dobrze, bo słabo znoszę wilgoć. Cała akcja nabrała za to nieco bardziej egalitarnego wydźwięku - zaległem w powyciąganym dresie na kanapie. I się w kocyk zawinąłem.

Tak też przy nastrojowym oświetleniu prowadzę kampanię "święta pełną gębą", co całkiem przyjemne jest. Martwi mnie tylko że niedługo rozmiarówka miast niesamowicie smukłej zrobi mi się po prostu niesamowita. A to zwykle nie wpływa dobrze na humor tak mój, jak i najbliższego otoczenia. Szczególnie najbliższego otoczenia, bo kierując się wrodzoną empatią nie lubię cierpieć sam.

Jest jednak pewna iskierka nadziei - od ósmego stycznia startuję znów w sztukach walki. Gdzieś po dziesięciu z okładem latach przerwy. Może i w Londynie nie ma wszystkiego (jedyna sensowna śmietana jest francuska), ale za to mają branżowy klub sztuk walki. I bynajmniej nie chodzi tu o umiejętne pchnięcie szminką, czy też naparzanie cekinami po makijażu ale prawdziwą i sensowną szkołę.

Mam taki cichy plan, że jak już dochrapię się sensownego stopnia to wrócę do Krakowa i do KKS'u dokleję przybudówkę akrobatyczną, bądź samoobronną. Acz to w kategorii marzeń, bo nie wiadomo jeszcze co na to mój Indianin. Który chce kupić psa. I dom.

Ciasteczka

Od jakiegoś czasu męczy mnie post o emigracji, acz to jeszcze poczeka. Na razie spadł śnieg i jak francy nie znoszę, to przypomina mi Kraków. Bardzo i mocno. Nie powiem bym znosił to jakoś szczególnie dobrze, czy też ciepło, ale jeszcze się trzymam. Głównie kaloryfera.

Na pociechę postanowiłem upiec ciasteczka. Nawet idzie nieźle. Biorąc pod uwagę, iz jeżeli Londyn przyrównać do istoty ludzkiej, a ja mieszkam w dolnej częśći pleców to za sukces poczytuję zdobycie większości składników. No dobra, proszek do pieczenia robiłem z półproduktów, a po mąkę lazłem parę kilometrów.

Natomiast moje zupełne oburzenie wzbudziła śmietana. Tam skąd pochdzę śmietana ma CHARAKTER. Ma niepowtarzalną KONSYSTENCJĘ. Jeżeli w takiej śmietanie człowiek chciałby utopić kota, to kot zdychałby długo i walcząc. Tutaj - plum. Był mruczek, nie ma mruczka. Przecież to jest jakaś barwiona woda! Sprzedawanie tego ludziom jako śmietany powinno być karane rozwlekaniem przez dzikie żółwie. To się zwyczajnie nie godzi!

O sponsoringu

Bawię się ostatnio w sponsoring. Uporczywie i namiętnie sponsoruję Brytyjską służbę zdrowia. A nie powiem, cenią się. Mam dziwne wrażenie, że to co dentysta bierze tutaj za godzinę nieprzyzwoity chłopiec bierze za noc. Przyzwoity pewnie za tydzień.

Starając się zerwać z tym niechlubnym zwyczajem postanowiłem powołać się na mądrość przodków i przdzieżgnąć się w poczwarę. Tak też przez ostatnie pół godziny skradałem się po mieszkaniu zwłócząc do swojego pokoju wszystkie możliwe koce i szaliki, dyskretnie podkręciłem ogrzewanie i wygasiłem światła. Teraz koce zarzucę na łóżko, zorganizuje michę sałaty do stania nieopodal, słoik miodu dla kurażu i będę się grzał. Jak dobrze pójdzie, to do wiosny przetrzymam, zapoznając się po raz wtóry z Housem, sezonami wszystkimi.

O przypadkach

Mam taki zwyczaj, że nie ignoruję przypadków, chwilowych spotkań i tym podobnych. Z tej okazji wdaje się w rozmowy z zaczepiającymi mnie na ulicy ludźmi. Mniejsza o koszta takiego podejścia, jak dotąd tylko raz zacząłem się martwić, kiedy napotkany bezdomny nalegał, by podpisać mu cyrograf. Ale, do rzeczy - dzisiaj na Oxford Street zatrzymała mnie pewna niewiasta i zaczęła nagabywać. Nie wiedzieć jak w zamian za parę uśmiechów i chwilę czasu dostałem trzy książki: dwie o medytacji i o kuchni wegańskiej. Plus święte przekonanie że jestem z Brazylii. Ciekawe co z tego będzie.

Obcokrajowiec mnie chwilowo opuścił i pojechał do domu. Problem polega na tym ze zaczynam lekko tęsknić jak oddala się na ponad 15m. 8000km może być lekkim problemem. Mam z tej okazji lekką zagwozdkę. Dawniej jak chłop opuszczał domowe pielesze to można było spokojnie oblec się w potarganą szatę i stać romantycznie na smaganym wichrami klifie. Obecnie co najwyżej mogę koczować pod bramką przylotów w podartych dżinsach. Jakoś brakuje mi w tym romantyzmu.

O szachownicy.

Miałem napisać o tym, jak sprawy się rozwijają. Miałem to napisać jakiś czas temu, acz niestety się rozwinęły prosto mnie w szczękę i raczej na Internetach nieczęsto bywam. Dlatego też zupełnie niezrozumiały tytuł notki. Cóż dużo mówić, pozmiatane mam dokumentnie i w każdym kącie. Pozwolę sobie wręcz powiedzieć, że zachwiano mi niezależnością i poglądami na wolność decyzji. Acz to jeszcze nie koniec, odmiana przez pierwszą mnogą dopiero przede mną.

Na szczęście ostatnim wysiłkiem wolnej woli szarpnąłem się na zakup gitary i kilo mąki. Stworzyłem pierogi i przez kawał czasu śpiewałem kołysanki fuczącemu z napchania obcokrajowcowi. Przepadł. W rewanżu dostałem z rana kawą*, a z wieczora wycieczką do Etiopskiej restauracji. Na marginesie - parcie na żarcie mamy jak dwie Indyjskie myszy...

Cóż, to chyba potrwa. Bo właściwie to się powoli wprowadzam. Się. Ja. Wprowadzam. Tego jeszcze nie grali.

* Pewnie nie wspominałem, że jest Hindusem, nie? Kawę robi taką, że można wskoczyć na sufit od samego aromatu.

O smalcu

Życie emigranta bywa wesołe. Wszystko wydaje się działać normalnie, wręcz zwyczajnie - póki nie sypnie się jakiś szczegół. Od dłuższego czasu fascynuje mnie brytyjska fobia na punkcie elektryczności - nie znalazłem jak dotąd łazienki zaopatrzonej w kontakt. Nawet światło zapala się sznureczkiem dyndającym z sufitu.

Inną niespodzianką jest brak zupełnie codziennych produktów, które w cywilizowanych krajach sa dostępne z marszu i od ręki. Taka np. kapusta kiszona to już ewenement, a twarogu nie rozpozna tutaj nikt, nawet jeżeli kogoś by pogryzł. Smalec brzmi już jak Święty Graal, bądź zbrodnia popełniona na świni. Prowadzi to do różnych ciekawych kombinacji, jeżeli np. chcemy uczynić tradycyjne dla krajów cywilizowanych danie. Przykład: pierogi prawie ruskie, przepis tutaj.

O uszach

Zaraz odpadna mi uszy. Od nadmiaru endorfin. Ponoc to calkiem czeste, jezeli za bardzo palac radoscia. Acz jak tu nie palac, kiedys sniadanie podalo sie do lozka, niosac ze soba laptopa i wspominajac od niechcenia, zebym nie wstawal za wczesnie? Czy 13:00 to za wczesnie?

No nic, za to postanowilem dopelnic obrazka, zaczac krzatac sie po kuchni i zrobic cos milo regionalnego. Padlo na pierogi w lepione przy Vivaldim, podlane lekko bialym winem. Jeszcze trzeba rosline kupic, zebym mial co podlewac i zastraszac, od czego juz na pewno odpadna mi uszy. Tak zupelnie i na amen.