Śnieżka, wo wohnst du?!

Zima pełną gębą. Dosłownie. Żrę i pochłaniam. Założę się, ze gdyby mi zadać słoik smalcu i bochen chleba, to po ciemku (nie widać kalorii) bym go zeżarł. Martwi mnie to, bo mogę zrobić się mniej zwiewny, a to z reguły nie poprawia mi i tak już dość paskudnego nastawienia do ogółu ludzkości.

Nie poprawia go też sparaliżowana komunikacja miejsko-podmiejska, która na widok śniegu wywaliła kopyta i leży. A ja do biura jakoś dostać się muszę, bo śmigam na zlecenie i jak nie pracuje, to kapuchy nie będzie. A smalec kosztuje. Z tej też okazji zrywam się bladym świtem, o 6:00* i pełen werwy pełznę w zdeycdowanie letnim obuwiu na cokolwiek starającego się poruszać w stronę Miasta. Spławił bym się Tamizą, ale franca płynie w złą stronę.

Na szczęście jestem pełen miłości, niebiańskiego spokoju i cnót wszelakich, dlatego też nie zatłukę się dzisiaj budzikiem nastawiając go na szóstą*.

*tłumacze sobie też, że tak na prawdę jest wtedy 7:00 i jeszcze się nie zaaklimatyzowałem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz