O szachownicy.

Miałem napisać o tym, jak sprawy się rozwijają. Miałem to napisać jakiś czas temu, acz niestety się rozwinęły prosto mnie w szczękę i raczej na Internetach nieczęsto bywam. Dlatego też zupełnie niezrozumiały tytuł notki. Cóż dużo mówić, pozmiatane mam dokumentnie i w każdym kącie. Pozwolę sobie wręcz powiedzieć, że zachwiano mi niezależnością i poglądami na wolność decyzji. Acz to jeszcze nie koniec, odmiana przez pierwszą mnogą dopiero przede mną.

Na szczęście ostatnim wysiłkiem wolnej woli szarpnąłem się na zakup gitary i kilo mąki. Stworzyłem pierogi i przez kawał czasu śpiewałem kołysanki fuczącemu z napchania obcokrajowcowi. Przepadł. W rewanżu dostałem z rana kawą*, a z wieczora wycieczką do Etiopskiej restauracji. Na marginesie - parcie na żarcie mamy jak dwie Indyjskie myszy...

Cóż, to chyba potrwa. Bo właściwie to się powoli wprowadzam. Się. Ja. Wprowadzam. Tego jeszcze nie grali.

* Pewnie nie wspominałem, że jest Hindusem, nie? Kawę robi taką, że można wskoczyć na sufit od samego aromatu.

1 komentarz: