Śnieżka, wo wohnst du?!

Zima pełną gębą. Dosłownie. Żrę i pochłaniam. Założę się, ze gdyby mi zadać słoik smalcu i bochen chleba, to po ciemku (nie widać kalorii) bym go zeżarł. Martwi mnie to, bo mogę zrobić się mniej zwiewny, a to z reguły nie poprawia mi i tak już dość paskudnego nastawienia do ogółu ludzkości.

Nie poprawia go też sparaliżowana komunikacja miejsko-podmiejska, która na widok śniegu wywaliła kopyta i leży. A ja do biura jakoś dostać się muszę, bo śmigam na zlecenie i jak nie pracuje, to kapuchy nie będzie. A smalec kosztuje. Z tej też okazji zrywam się bladym świtem, o 6:00* i pełen werwy pełznę w zdeycdowanie letnim obuwiu na cokolwiek starającego się poruszać w stronę Miasta. Spławił bym się Tamizą, ale franca płynie w złą stronę.

Na szczęście jestem pełen miłości, niebiańskiego spokoju i cnót wszelakich, dlatego też nie zatłukę się dzisiaj budzikiem nastawiając go na szóstą*.

*tłumacze sobie też, że tak na prawdę jest wtedy 7:00 i jeszcze się nie zaaklimatyzowałem

O przezorności

Wietrzę podstęp. Najpewniej w najbliższym czasie wpadnę pod snopowiązałkę. Albo spadający meteoryt oderwie mi nogę. Notatka o poniedziałku nie przypadkiem ukazała się w środę - ciasno z czasem się robi, w mieszkaniu za wiele nie przebywam, to i też w sieci mniej czasu spędzam. Za to zużywam zasoby pozytywnej karmy i szczęścia na miarę połowy Szwajcarii.

Z pracą się wyjaśniło - najbliższe parę lat będę sobie miło i serdecznie odmawiał pomocy, przeszkadzał i generalnie się czepiał. Alternatywą było lepiej płatna amputacja życia prywatnego, życie na walizkach i po hotelach. Jakoś nie mam na razie ochoty na takie wojaże. No, trzeba było też ogłosić w bieżącym miejscu zatrudnienia, że jednak nie zostaje. Poszło nadspodziewanie gładko i chyba poproszę o referencje. Znaczy się, że na froncie zawodowym - się ułożyło.

Prywatnie za to dramat, bywam gryziony, dręczony, szturchany przez sen, karmiony, pojony i w ogóle traktowany co najmniej familiarnie. Za zupełne chamstwo uważam już fakt, że z trudem powstrzymuje się od romantycznych wyskoków i ogólnej słodyczy. Jakby tego było mało musiałem kupić drugą szczoteczkę do zębów! Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie wywiesić białą flagę, ogłosić przegraną i dać się oswoić. Hepl?!

Na prawdę zacznę się dokładniej rozglądać przechodząc przez ulicę... Albo czekać na radosny telegram z wezwaniem do wojska, zdjęciem Big Bena i dopiskiem "Żartowałam! Rzeczywistość".

O ogarnięciu

Są poniedziałki, często. Czasem zdarzają się Poniedziałki. To był PONIEDZIAŁEK. Kojarzymy klip sprzed dwóch wpisów o nerwowym poranku? Tak już obijając się rano o meble jak pijana ćma w noc św. Jana wiedziałem że coś jest nie tak. Poszły dwa kubki, z czego jeden wprost na wyprasowaną właśnie koszule.

Spóźnienie na pociąg, łapanie kolejnego i sprint do biura. Tam godnie zasiadłem na wyimaginowanym krześle, wpełzłem na właściwe i odpaliłem kompa. Dopiero wtedy dotarło do mnie drapieżne spojrzenie szefa podążające za moim lewym uchem. Krótkie przeliczenie kolczyków. Ał. O wszsystkie dwa za dużo. No tak, a o krawacie pamiętałem!

Zgrabnie wsparłem prawą brew na dłoni i założyłem zestaw słuchawkowy artystycznie wplatając kabel między kolce. Ku własnej zgubie z reszta, bo na przerwę obiadową prawie się odcinałem. Reszta wydarzeń tego dnia nie warta jest wzmianki, może poza omyłkowym postawieniem na nogi kilku osób, krótką rozmową z CEO i podobnymi

W akcie desperacji postanowiłem skorzystać z rozwijającej się miło znajomości i zagaić do chłopia. Ta. Zagaiłem wysyłając wiadomość do wszystkich osób z książki telefonicznej o imieniu zaczynającym się na "V". Go me! Kilka wykrętów i tłumaczeń później zacząłem rozważać, czy nie wstać, spokojnie nie pójść do toalety i zatrzasnąć się tam na resztę dnia.

Cudem przewalczyłem możliwość złapania się wieczorem, tylko by odbić się od kina, które nie wyświetlało planowanego filmu i znaleźć chyba jedyną niebranżową knajpę na Soho. Głowe daję, że gdybym nie został na koniec ugryziony w prawe ucho, to dzień byłby zupełnie nieudany.

O przyzwoitości.

Prababcia, biedaczka, to w trumnie lata chyba jak turbina. A przydałaby się teraz, bo trochę nie chce mi się szyć odzieży. Pękniętej. W kilku nieprzyzwoitych miejscach. Wszystko zaczęło się od zupełnie niewinnego spaceru, który zahaczył był o jeden sklep gdzie zaprzyjaźniliśmy się z butelką wina i mieszanką suszonych oliwek.

Kombinacja zacna, ale zdradziecka. O czym należy w takich sytuacjach pamiętać... Po wejściu do mieszkania siadamy NA wersalce. Siadać należy ostrożnie i z rozwagą, bo inaczej może się człowiekowi odzież zepsuć. Należy też pamiętać o winie, co by je otworzyć, a nie zostawić gdzieś leżeć. I oliwki wypadałoby chociaż napocząć.

Przydaje się tez np. upewnić, że drzwi są mniej więcej zamknięte. I się człowiek nigdzie nie śpieszy... W ogóle, to najlepiej akcje takie planować w okolicach dni wolnych od pracy, bo ciężko się potem uczesać przed pracą. I utrzymać na nogach.

Z ulubionych komentarzy scenicznych:

O kretyniźmie.

Są ludzie, którzy uczą się na błędach. Błogosławieni oni, w poprzednim wcieleniu najpewniej żyli w ascezie. Ja w poprzednim wcieleniu w ascezie nie żyłem, w tym - nawet jeżeli się staram - to zupełnie mi nie wychodzi. Nic a nic, asceza na sam widok się pakuje i pędzi na lotnisko.

Z tej tez przyczyny pakuję się w te same kretyńskie sytuacje i robię sobie kuku generalnie i bez wyjątku w ten sam sposób. Bo nie ma bata, żeby to się inaczej skończyło. Zdecydowanie i absolutnie nie wierzę w nagłą miłość. Bardziej niż Dawkins w siłę wyższą. To się musi rypnąć jeszcze przed przyszłym tygodniem*.

Dlatego nim zupełnie zakręcę się na punkcie tego człowieka, zacznę sobie spokojnie i systematycznie aplikować prababcine remedia numer IX i XIV. Nie będę też wpadał w obsesje, wzdychał po nocach, uśmiechał się promiennie. Itd. Etc.

Oczywiście można jeszcze z bólem serca typa ułożyć w truskawkach, wkomponować w grządkę winorośli i inne takie, ale pracuję nad karmą. I nie będę robił złych rzeczy (za dużo).

A tak serio-serio.... oby, bardzo oby.



*Poza tym uważam, że przyjechanie tutaj, znalezienie z marszu świetnej pracy i miłości w tym samym miesiącu jest niesprawiedliwe względem ludzkości. Zużywa za dużo zasobów ogólnie dostępnego szczęścia.

Krotki poradnik bankowy

Konkretnie, mało zabawnie, bo i temat nie jest szczególnie radosny. Nim jednak przejdziemy do rzeczy chciałem podnieść kwestię formalną: niech przeklęty będzie brytyjski system bankowy! Dziękuję.

Żeby założyć sobie tutaj konto w wersji standardowej potrzebne są dwie rzeczy:
A) dowód tożsamości
B) potwierdzenie adresu
- dla karty debetowej/płatniczej: trzy miesiące historii kredytowej*
- dla karty kredytowej - trzy lata*

Da (A) wystarczy dowód bądź paszport. Z (B) jest jazda, z popularniejszych
- rachunek za media. Jeżeli wynajmujemy własne mieszkanie (co jest mało prawdopodobne na starcie) rejestrujemy na siebie media. Jeżeli mieszkamy u kogoś, prosimy o dodanie nazwiska na rachunek. Jeżeli rachunki robione są przez sieć - jesteśmy w dupiu.
- potwierdzenie przyznania zasiłków - na starcie nie do dostania, acz wymieniam dla porządku
- wyciąg z konta - jeżeli nie mamy konta... no własnie.
- umowa najmu lokalu z agencji miejskiej - nieczęsto spotykane

Istnieją jeszcze metody niestandardowe i na tych warto się skupić. Powinno być najłatwiej. Banki NatWest i Lloyd's TSB odpuszczamy z marszu. Chyba że czujemy się samotni i chcemy z kimś porozmawiać, wtedy polecam pierwszy - mniejsze kolejki, więc mniejsza presja na załatwienie petenta.

Z doświadczeń sensownych:
- Santander - konto dostałem z marszu. Trzeba dowód, przydaje się list od pracodawcy. Warunkiem jest przebywanie w UK co najmniej miesiąc (weryfikowane na podst. ustnego oświadczenia... khe, khe). Konto jest za darmo. Minusy: dostajemy tylko cash card, co pozwala na wyciąganie kasy w oddziale/z automatu. Nie pozwala płacić w sklepie. Alternatywa: konto International, ale kosztuje 50 GBP/miesiąc
- Halifax - podobne do powyższego, za wyjątkiem konieczności złożenia wniosku przez sieć. Do 2 tyg. dostajemy list i otwieramy konto na podst. paszportu. Za darmo, karta Visa Electron którą można płacić w niektórych sklepach
- HSBC - konto passport, aplikujemy przez sieć, do 2 tyg. przychodzi list z którym idziemy do oddziału i zakładamy konto na paszport i dowód. Ważne - trzeba mieć oba**. Konto kosztuje 8 GBP/miesiąc, minimalny kontrakt to 12 miesięcy. Krata: Visa.

W Santander i Halifax po 3-6 miesiącach regularnych przychodów można dostać zwykłe konto bieżące, darmowe z normalną kartą debetową. W pierwszym wyciąg przychodzi co miesiąc, w drugim co kwartał. Ważne, gdyż wyciąg taki chcemy mieć szybko - jest potwierdzeniem adresu które przyda się wszędzie indziej.

Jeżeli ktoś wie coś lepiej/bardziej - wytykać śmiało. Chętnie poprawie. Kolejne odcinki cudownego serialu "przyjazna biurokracja" to WRS, NIN i P46, a także jak zostać kontraktorem.

*kwestia zależy od zarobków i pracy, to generalne wytyczne systemów bankowych
**bądź inne zestawy dokumentów, które bank poda w liście.

Parno.

To jest jeden z tych poranków, których nie ma co roztrząsać, analizować i zastanawiać się dlaczego. Jeden z tych, które są zwyczajnie dobre, takie jakie są. Mimo zaoranej wątroby, zmierzwionej przyzwoitości i kolejnej wyrwie w światopoglądzie. Jest dobrze, jak jest. Tutaj.

Stasiu.

Kojarzy mi się ostatnio często kawałek Kabaretu Potem i cytat zeń:

STAŚ: Choć jesteśmy na pustyni, ja wciąż odnoszę same sukcesy.
FATAMORGANA: Choć odnosisz same sukcesy, wciąż jesteście na pustyni!

Ot, postępy na froncie suną niczym Napoleon na Moskwę. Z właściwym sobie wyczuciem czasu najatrakcyjniejsze oferty pracy spływają po tym, jak zdecydowałem się na te mniej atrakcyjne. Dlatego teraz kombinuję jak odciągnąć w czasie część rekrutacji, tak by wyjść z twarzą i bez połamanych nóg z bieżącego miejsca pracy. W nim cuda się dzieją - podjąłem stanowisko dość mocno niżej tego, co robiłem w Polszy, a parę lat doświadczenia jednak swoje robi. Myślałem że będę musiał zaliczyć taki reset. Ot, błąd.

Oczywiście nie wszystko jest pięknie, dobrą chwilę łapałem akcje: "Z Polski?! Jak dostałeś tą robotę?!", czy "O, jak ty ładnie mówisz po angielsku.", acz przeszło po uwinięciu się ze szkoleniami mocno przed czasem. Za to podoba mi się kultura pracy, jest grzecznie, bez nerw i bez nadgodzin. Tego jeszcze nie widziałem i trochę mi dziwnie.

Niby prywatnie też szał - wyjścia, randki i inne takie powoli zaczynam wrzucać w terminarz, gdzie mnożą się i mutują. Acz strasznie nie mam do tego serca - Młody wykończył mi w końcu cierpliwość. Dwa lata, klasycznie już chyba. Szkoda. No nic, wypoleruję kafelki w kuchni i wyrwę jakiegoś Indianina na szklanicę wina. Zawsze pomaga. Na rozkręcenie nastroju ulubiony skecz dziewczęcy:

I tak zostaję!

Brytyjski system bankowy nie tyle rzuca mi kłody pod nogi, co raczej strzela z armaty i rechocze szyderczo. Dzisiaj zaliczyłem trzecie starcie i mimo kolejnej parti dokumentów okazuje się, że nie jestem tu wystarczająco.

Całkiem przekonywająco mogę udowodnić że jestem, kim jestem, natomiast już nie do końca że jestem w Anglii. Kiedy podrzuciłem kolejny papier, pani stwierdziła, że nie jest wystarczająco dobry, jako że taki można sobie wydrukować samemu w domu. Ta, a faktury za wodę nie. Na subtelne pytanie "po co?", odpowiedziała, iż na tej podstawie mogą stwierdzić, że jestem oficjalnie w Anglii. Znaczące spojrzenie w stronę solidnej połaci Brytyjskiej podłogi leżącej mi u stóp nie odniosło skutku.

Udało się na szczęście złapać jeden bank, który wymaga nieco mniej dokumentów. Jeżeli da radę (w sobotę), to rzucę krótkim podsumowaniem. W międzyczasie trwa jeszcze walka z fikcyjną firmą, której pracownikiem zostaję, żeby zostać pracownikiem firmy docelowej. Śmiesznie o tyle, że jedyne co robią, to kasują mnie za przerzucanie dokumentów przez nich, a nie bezpośrednio i zupełnie im się nie śpieszy. W przeciwieństwie tak do mnie, jak i docelowej firmy. Szau. Zen. Jestem obłoczkiem. Wrr...

Puść ten młotek, potforze!

Oj, syrenka jezdem. Przyznam szczerze, że różne rzeczy nie szły mi w sukurs w przeszłości. Czasem była to pogoda, czasem znajomi. Zdarzało się, że przechodnie, bywało, że drzwi nie dało się domknąć. Standardy. Ale żeby psia mać, miłą i romantyczną chwilę, kiedy siedzę sobie z chłopiem u brzegu RZEKI przerwał mi PRZYPŁYW, to tego jeszcze nie grali.



Z resztą to całe prowadzanie się z samcami, to mnie kiedyś wykończy. No bo ratowanie białogłowy z takiej opresji - prosta rzecz. Śmig przez ramię i rączo po schodach. Jak sobie kto kiedy przerzucił przez ramię zacnego samca i śmignął po schodach, to wie o czym mowa. Jezuz, okładu... ten romantyzm będzie mnie targał po kościach jeszcze dobry miesiąc.

Bszkfltz!

Dobra, przyznaje się - skułem się lekko. Nawet nie jest to ten frywolny stan, w którym mogę nieskrępowanie naparzać w klawisze w nadziei, że się nikt nie połapie. Winne temu są dobre trzy tygodnie abstynencji*, jeden Rosjanin, jeden Anglik i całkiem sporo mnie. No i butelka wina.

Za to mam chipsy. Co jak na człowieka skutego jest całkiem dobrym stanem. Nie wspominając o tym, że dysponuję dość znaczną ilością cydru, wina i innych rzeczy bezecnych. Ale z tego nie ma co korzystać z prostej przyczyny - jest dobrze.

Jasne, walczę sobie z bankami, firmą, innymi badziewiami. Zasypiam samodzielnie, budzę się takoż. Ale jest dobrze. To jest dokładnie to czego chciałem i od dobrych kilku lat wszystko zmierza dokładnie tam, gdzie marzyłem**. Znaczy się - w świat.

Jasne, mogę się mylić, ale na szczęście powinienem się zorientować dopiero jak będę zdychał. Tak mi rodzina kiedyś zarzuciła, że chciałem Kraków - zwalczyłem Kraków; chciałem Słowenię - zwalczyłem Słowenię. Teraz zwalczam Londyn i też szykuje się całkiem fajnych parę lat. Jest dobrze. Lepiej być nie mogło.


* mam taki test. Jak mi się wydaje, że nie wyrabiam z alkoholem, to obiecuje sobie nie pić jakiś czas. Jak dotąd wygrywam.
** Czyli stąd. Mogę się mylić.

Zostaw tą witaminę, łobuzie!

Z pewnym zafascynowaniem obserwuje nawyki żywieniowe właściciela mieszkania w którym podnajmuję pokój. Miałem pewną świadomość, jak wygląda lokalna kuchnia (choć "kuchnia jest tutaj pewnym nadużyciem, raczej gotowanie z półproduktów).

Co rano budzi mnie aromat smażenia, głównie kiełbasy, choć trafi się czasem jakiś Bogu ducha winny świń. Płynnie przechodzi on w smażenie kolejnych produktów, głównie mniej wymownych fragmentów zwierząt, okazjonalnie przeplatanych pizzą. Na widok dzisiejszej kolacji, składającej się głównie ze smażonego boczku przeplatanego tłuszczem i tłuszczem - arterie same się czopują. Przyznam szczerze, ze boję się przynieść do domu sałatę, a ostatniego pomidora zjadłem po cichu w pokoju.

Kto sieje wiatr, ten zbiera rzeżuchę

Pani odpisała już z rana. Okazuje się, że osiągnęliśmy porozumienie i właściwie to jestem świetnym kandydatem na zadane stanowisko. Teraz zastanawiam się, czy by faktycznie tego nie ruszyć... A było siedzieć cicho.

Z resztą od wczoraj jakieś dziwne poruszenie, odzywaja się wcześniejsi pracodawcy (w końcu), jak i parę nowych kontaktów. Cóż, jakoś nie strasznie szybko, a ja nie do końca wiem co z robić w kontekście bieżącego zatrudnienia. Mało ambitna, ale lżejsza i lepiej płatna. Khm...

Motylem jestem.

Oj, zagotowałem. Ostatni raz w takim tempie skoczyło mi ciśnienie w osiemdziesiątym trzecim, jak zmusili mnie żebym się urodził. Ot, szukałem pracy, skutkiem czego jeszcze okazjonalnie dzwonią rekruterzy. Dzisiaj też zadzwoniła jedna pani i mimo sugestii że w pociągu trudno się rozmawia - napierała. OK.

Rozmawialiśmy sobie chwile, mało sympatyczna była ale jakoś szło. Do momentu kiedy zapytała mnie o oczekiwane wynagrodzenie, usłyszała je, rzuciła coś chamskiego do słuchawki i się rozłączyła. Arg, gdyby tylko przez telefon dało się zabijać... Kij z tym, że nie rzuciłem jakąś kosmiczną figurą, acz chamstwa w tym stylu się nie spodziewałem. Musiała potem ochłonąć, bo dostałem maila, że "straciła połączenie". Tja, a ja chwilowo słuch i poczytalność.

Poszedłem zatem na spacer, żeby też ochłonąć i spokojnie odpowiedziałem wyjaśniając skąd i dlaczego uważam co uważam. To już trzecia bodajże osoba, która na widok podejrzanie polskiego nazwiska usiłuje jechać po bandzie. Jestem ciekaw jak zareaguje, bo po to w sumie tylko pisałem. Praca już jest i wszystko wskazuje że najlepiej trzymać się tego, co złapałem na razie.