Saga o człowieku wielbłądzie.

Tak sobie właśnie siedzę. I staram się rozmymłać kanapeczkę. Dzieje się wiele - okazało się że człowiek-wielbłąd nie jest bohaterem, nie! Ot, niecnota i chachar wykończyć mnie chciał. Pewien całkiem przystojny afrykaner toczył z nim walkę dobre dwie godziny, nim pojawiły się jakieś rokowania na sukces.

Okazało się szczęśliwie, że to nie ósemki, przynajmniej jeszcze nie tym razem, a rozszalała jedynka postanowiła ogłosić separacje i założyć własny biznes. Problem, tak jakby na tym polegał, że wyłączając przy tym mój biznes. A tak być nie może. Teraz staramy się bestie poskromić i namówić do współpracy, bo mimo wrogiej akcji jakoś się z nią przez te wszystkie lata zżyłem.

Udało mi się też rozwikłać tajemnicę wysokich zarobków Brytyjczyków. Zarabiają tyle żeby utrzymać dentystów.

Człowiek-wielbłąd atakuje!

Zaczęło się niewinnie, pobolewaniem tu i ówdzie. We wtorek ścięło mnie zupełnie, obudziłem się gdzieś we czwartek. Teorie były różne, od migreny, przez nagły wysyp ósemek po zapalenie zatok. Objawy dość szerokie i niekonkluzywne. Na razie ustabilizowały się na ósemkach - chyba usiłują się wyrwać na wolność, tylko coś się im kierunki pomyliły i prą naprzód niczym Napoleon na wschód.

Tja, moje szczęście, znaleźć robotę - miłą, płatną nawet i całkiem spokojna, tylko po to by zacząć walkę z własnym uzębieniem. Jeszcze psia mać, żeby tylko bolało. Nie! Spuchnąć musiałem, całkiem zabawnie z reszta. Ot, warga mie spuchła! Wyglądam jak niesamowity człowiek wielbłąd. Na sam widok swojego uśmiechu w lustrze sięgam do kieszeni po drobne. Masz Ci los.

No nic, w ramach heroicznych akcji nowego superbohatera pójdę zmierzyć się z jogurcikiem a potem skoczę sobie to kliniki dentystycznej i sięgnę tam khem, khem, po drobne.

London's dry...

Jeździłem do Miasta często. Swego czasu spędzałem tutaj 25% życia. Miałem tak nawet w umowie o pracę. Acz nie wychylałem za bardzo nosa z roboty, żyłem na trasie hotel - praca. Londyn z perspektywy mieszkańca jest mocno inny.

Raz, że jest szybko. Generalnie jesteś miłością życia na tą noc, albo nie istniejesz. Dwa, ludzie są skupieni na sobie, bardzo. Nikt nie słucha, każdy mówi.

Jakoś wiedziałem, że dokładnie tak to działa, kiedyś chciałem się w to bawić i wydawało się atrakcyjne. Okazjonalnie dalej się podoba. Mogę ściemniać że jestem młodszy niż jestem, co tylko pomaga. Tak się zastanawiam, czy dołączyć do korowodu i sprzedać plaskacza dotychczasowemu życiu, czy tez raczej budować swoja tratwę. Jak na razie ciążę ku drugiemu i działa to nieźle, acz...

Zuzia.

Zuzia, bo nie mam lepszego pomysłu. Minął tydzień w Londynie i się podsumuję chyba:
- zaliczyłem jakieś hm... dwadzieścia jeden propozycji nagłego rendez-vous, w czym szesnaście gwałtownych.
- dwa zniewolenia (!)
- trzy propozycje pracy
- jedna miedzy wierszami i przy piwie, którą (wierzę że) zacznę pojutrze*
- rozczarowanie kulinarne
- jeden zalążek przyjaźni
- dwie miłości czyjegoś życia

Isz kfa jak intensywnie nie jest, to tęsknie. Wpisdu. Ale to przejdzie.

*i wiem, że w ch* mię robią, ale za takie pieniądze, to mogą mię robić też w wiewiórkę i hipopotama i też się będę uśmiechał.

O Brytyjskiej kuchni

Kuchnia w W. Brytanii jest bardzo różnorodna. Nie dalej jak wczoraj, przebiegając chyłkiem przez jedną z podmiejskich dzielnic wpadłem na sklepik z żywnością afrykańską. Co prawda okoliczności przyrody nie sprzyjały dłuższej wizycie, cz w ogóle zatrzymywaniu się, ale na pewno widziałem pochrzyn. I trzcinę cukrową. Jej. Będę musiał tam kiedyś wrócić w ciągu dnia.

Nie da się natomiast ukryć, ze tak sklepy jak i sztuka kulinarna funkcjonują tutaj nieco inaczej, przynajmniej na co dzień. Tak np. przepis na jedną z narodowych Brytyjskich potraw - kuczak tikka masala:

- kupić kuczaka tikka masala
- podgrzać kuczaka tikka masala
- zjeść kuczaka tikka masala

Tyle. Złapać podstawowe produkty do gotowania jest dużo trudniej, są droższe niż gotowe półprodukty, a najtańsze w ogóle to są dania gotowe*. Well, żyją szybko, do pracy zwykle jeżdżą daleko, to i czasu na gotowanie mniej. Na razie łapię inspiracje i będę musiał napaś parę niszowych dzielnic w poszukiwaniu ciekawostek.

* wyłączając cebulę. Cebula zawsze jest tania

Kampania październikowa

Ofensywa na rynek pracy trwa. Po dość słabym początku tygodnia sprawy nabierają tempa i zaczynają się kontakty zwrotne. Jak mi się uda złapać robotę którą staram się złapać, to będę bardzo szczęśliwym króliczkiem. Co prawda życie towarzyskie, którego jak na razie za wiele nie mam, zniknie do reszty, zejdę na nerwicę, a atmosfera będzie tak luźna, że chyba z pierwszej pensji gorset sobie kupie, ale i tak jest o co walczyć. Jak ktoś ma ochotę, to prosiłbym co by poleżeć krzyżem w tej intencji. Piątek jest, więc akurat sposobnie, choć jeszcze nie wybrałem knajpy w której po północy będę się tym krzyżem rozkładał.

O rozczarowaniach

Będzie już dobre sześc godzin jak nie dostałem przytłaczającej fali telefonów w odpowiedzi na moje CV. Wiem dlaczego - jest doskonale. Najprawdopodobniej brygada komandosów HR właśnie stara się za pomocą długich szczypiec i nożyczek przywiązanych do kija od szczotki pociąć dokument przy biurku martwego pracownika agencji rekrutacyjnej na małe paski. Jak już skończą, to podzielą te paski między siebie i będą czytać na głosy, co pozwoli im zapoznać się z całością tego dzieła. A ja tymczasem trochę się tylko niepokoję...

Nic to, załatwię jeszcze jedną formalność i uderzę przez znajomych. Nie po to pracowaliśmy razem tyle lat, żeby mnie teraz zlać. Nie?

Mój jest ten kawałek podłogi.

No dobra, ostatni pokój okazał się pudłem. Nie dość, że zaskoczyłem pana, bo "moja mówi angielski", to też uporczywie chciałem spacerować w odzieniu, a w ogóle to czynsz planowałem płacić gotówką, a nie w naturze. Znaczy się, że się nie dopasowaliśmy.

Z braku lepszych opcji będę mieszkał gdzieś fpisdu, ale mogę tam w razie czego hodować chomika. I tylko chomika, bo po wstawieniu bestii do pokoju będę musiał spać w ogrodzie. No i tanio jest, co ważne bo robotę dopiero zacznę łapac od jutra.

God save the queen.

Nu, to przybyłem. Niemal bez przygód. Mieszkam w hostelu, który nazywa się Niespodzianka. Coś jest na rzeczy, bo np. kuchnia zwykle jest zaskoczeniem - żeby się do niej dostać trzeba przejść przez łazienkę. Jest tez WiFi, ale działa najlepiej, jeżeli siedzieć na kuchence. Za to sypialnia jest dość przestronna, przynajmniej byłaby na dwie osoby. Szkoda że mieszka w niej tych osób DWANAŚCIE. No, i to okno na ruchliwą ulicę, wraz z pubem na parterze też dodaje kolorytu.

Na szczęście znalazłem już potencjalny pokój, gustownie urządzony, mieszczą się nim aż trzy meble, a z każdego można skorzystać nie wstając z łóżka. Na dobra sprawę można tak też dotknąć każdej ściany, a jeżeli ma się ponad metr wzrostu, to wszystkich na raz też. Jak kiedyś mieszkałem w szybie od windy zaadaptowanym na pokój, to było więcej miejsca. Z plusów, okolica spokojna, choć daleko. No i sympatyczny właściciel, a i nie widziałem też nic tańszego. Zobaczymy, co trafi się dziś - znalazłem podejrzanie tanią kawalerkę, acz mam wrażenie że dzielnica z tych bardziej klimatycznych...

Zakopki.

Każdy ma swoje tradycje. U mnie właśnie powstaje nowa - zakopki. No bo jak inaczej zinterpretować zachowanie rodziny? Od rana po domu śmiga najlepsze z możliwych jedzenie, wszystko jest miłe i sympatyczne... Coś jak ostatni posiłek. Przy takiej ilości spokoju i sympatii zwykle spodziewam się ciosu szpadlem w potylice i szybkiej akcji pod murem cmentarza. A może to ze mną jest coś nie tak?

No cóż, trwa ambitna akcja pakowania się na bliżej niezdefiniowany okres czasu. Ambitna o tyle, że mam tego zabrać 30kg, a po przeprowadzaniu się w czerwcu i późniejszym życiu z plecakiem jeno - trudno mi uzbierać 30 kg potrzebnych rzeczy. Najwyżej dopcha się książkami. Anyway, czas wracać do walki...

I w kosmos...

Jeżeli jakimś cudem jeszcze nie dotarło, choc nie wiem jak do tego moglo by dojsc - dwie bardzo wazne panie robią coś ważnego, nawet jeśli tak nie wygląda. By pomóc klikamy tutaj:

http://love.flysas.net/?ui=123


i odrywamy wirtualny bilet. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, to proszę sobie poklikac w trzyczesciowy garnitur po prawej (bądź tutaj). Sie rozjaśni.

Śnieżka, wo wohnst tu, czyli Zbigniew był w Arabii.

Niemal lata się do tego zbierałem, ale trzeba wreszcie podsumować luźną wariację na temat pilawu, którą często rzucałem na stół. Akurat okazja się nadarzyła, jako że uprowadzono mnie ciemną nocą (a na pewno przed południem) i pod bronią* przymuszano do katorżniczej pracy przy kuchni. No bo człowiek polizany psem zrobi przecież wszystko, a już szczególnie pilaw. Przepis tutaj.

O empatii

Pełen empatii jestem.... dużo odczuwam i chciałbym żeby inni też tak mogli. Np. ostatni tydzień zdychałem sobie na coś podejrzanie bliskiego gruźlicy, czy kokluszowi. Tak leżałem sobie w malignie i marzyłem z cicha, że może to początek jakiejś pandemii? Może będę mógł podzielić się swoimi jakże bogatymi przeżyciami z ogółem ludzkości? Przy odrobinie szczęścia załapał bym się bez wysiłku, z leżenia wręcz, na karty historii. To lepiej niż Herostrates!

Niestety, nic z tego... z braku opieki lekarskiej rodzina postanowiła mnie uleczyć domowymi sposobami, całkiem skutecznie z resztą. W ciągu ostatnich trzech dni wmusili we mnie coś pod pół litra miodu. Teraz jedyne na co mogę liczyć, to że będą kontynuować, a zagładę na ten padół sprowadzę tyjąc, póki nie zacznę generować własnego pola grawitacyjnego. Jedyne co pozostanie to strącić księżyc z orbity. To niestety gorzej niż Herostrates. Zakłada czynny współudział, a nie wdzięczną rolę pierwszej ofiary.