Teges, lilie poproszę.

Umieram. Nie jest to znowu jakiś dramat, bo mam tak od dziecka. Kiedyś było trudniej - młody i nieuczony nie znałem nazw co istotniejszych jednostek chorobowych, skutkiem czego umierałem na choroby tajemnicze i trudno identyfikowalne. Mniej więcej do momentu, kiedy rodzicielka zapytana po raz enty "czy coś mi jest?" odpaliła: hipochondria. Dzięki temu przez kolejne dwa lata zdychałem na hipochondrię doprowadzając tym do łez niejednego pediatrę.

Z wiekiem nabrałem nieco doświadczenia i wprawy, ze swadą identyfikując kolejne ciężkie choroby i przypadłości, o których z resztą dość rychło zapominałem w ferworze codziennej walki. Tak przywykłem do tego umierania i wydumanych symptomów, że prawie się kiedyś załatwiłem zapaleniem oskrzeli, bo mało widowiskowe było. Teraz za to dochodzę do wniosku, że to krztuszenie się co mnie męczy już półtora tygodnia to chyba nie jest psychosomatyczne i trzeba by je z kimś skonsultować. Ha! Tylko że bezrobotny jestem, co oznaczałoby publiczną służbę zdrowia.

Nie ma strachu, na szczęście nie jestem też zarejestrowany, więc mogę co najwyżej zdechnąć sobie pod płotem. Malowniczo.

1 komentarz:

  1. Posiedziałem, poczytałem trochę i muszę przyznać, ze podoba mi się :))Linkuje:)
    Zawsze z zaciekawieniem patrze jak Inni sobie radzą na obczyźnie, takie trochę symptom współodczuwania.

    Podoba mi się zawołanie: "pluńmy statystyce w twarz, jakoś tam trzeba żyć".

    OdpowiedzUsuń