O świadomości.


Chwilowo prosze mnie nie brac na powaznie. Obawiam sie, iz przywykam juz do zycia w trasie. Na dobra sprawe nie tesknie, czasami tylko przypląta sie jakies zbłąkane wspomnienie, czy szalony plan. Moze to objaw Camino o ktorym wspominal wczoraj pewien - dosc naładowany problemami - Niemiec. Otoz po jakims czasie w drodze traci znaczenie przeszlosc, a zaczyna sie liczyc coraz bardzie jutro, dalej, kolejny dzien.

A gdy jutro powoli zamienia sie w dzis, czlowiek znow bardziej patrzy w dzien, ktory dopiero nadejdzie. Terazniejszosc jakos przeplywa obok. Ciekawym, czy to objaw zdobywania madrosci, powolny marsz w odmety szalenstwa, czy przyzwyczajenie do nowego trybu zycia.

Zakladajac najbardziej optymistyczny ze scenariuszy, czyli nieuchronnie nadciagajaca madrosc, zastanawiam sie czy bede przy tym zmuszony pokochac ludzkosc, czy raczej niekoniecznie. Kwestia ta zaprząta mnie od kilku dni, kiedy to spostrzeglem ze o ile z jednej strony nie mam szczegolnej ochoty na wdawanie sie w znajmosc z kolejna osoba ktora pojdzie dalej, w inna strone, czy tez zostanie, to z drugiej ludzie przestaja mi przeszkadzac. To spora odmiana w porownaniu ze stanem wejsciowym.

Koty za to - inna sprawa. Od kiedy okazalo sie ze mnie śledzą pokladam pewną nadzieję w dalszym rozwoju wzajemnych ukladow. Zidentyfikowalem juz szefa calej siatki - dachowca o przycietym ogonie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz