Lizbona

Miesiac abstynencji robi z czlowieka zwierze. Przyjechalem sobie do Lizbony, po sporej ilosci czasu w lesie, blocie i bagnach postanowilem sie nieco uczlowieczyc. Nie wspomne calego procesu, lekko nie bylo.

Lizbona jest droga. Nie dajcie sobie wmowic turystycznej propagandzie, ze to najtansza europejska stolica. Moze i w zachodniej Europie tak, ale "najtansza z..." wciaz oznacza dosc wysoki poziom. Kiedy zobaczylem prosty, bialy t-shirt za 55€, przyznaje - musialem chwile polezec. Tak czy inaczej kupilem troche czystych ubran, pumeks i przystapilem do cywilizowania sie.

Efekt niesamowity - obsluga w sklepach zaczela sie usmiechac, kelnerow w restauracji nie musialem juz zaczepiac zeby dostac menu, etc. Zwiedziony sukcesem postanowilem udac sie do lokalnej knajpy branzowej. Siedzialem tak sobie saczac specjal dnia (ze smaku - wodka z wodka i cytryna) i podziwialem widoki, choc nie byly jakies szczegolne. Z nagla za to przysiadlo sie dwoch przystojnych surferow ze Szwajcarii. Tak, Szwajcarii...

Od slowa do slowa, az nagle skonczyl mi sie drink. Mialem juz plan udawac sie do domu, jako ze grunt zrobil sie podejrzanie chwiejny, wiatr zaczal wiac a sily Coriolisa nabieraly mocy, kiedy to rzeczeni Szwajcarzy swierdzili "jeszcze jeden i idziemy". Ha! Teraz juz wiem, ze przyslal ich Szatan. Nie mam pojecia jak wrocilem do hostelu, podejrzewam ze maczal w tym skrzydla instynkt golebia. Nie wiem tez, jak udalo mi sie wlezc na pietrowe lozko i w ilu podejsciach... Obudzilem sie o 16:30 i rozpoczalem zmudna i dlugotrwala akcje Wskrzeszenie. Oj, co ja sie nacierpialem. 50m do sklepu lazlem w trzech podejsciach. Potem lezalem pol godziny obok butelki Coca-Coli oswajajac sie z mysla, ze bede ja musial wypic. A jogurt... co to byl za jogurt. Czulem po prostu jak zywe kultury bakterii skacza mi po wnetrznosciach drac ryje na potege.

Abstynencja to zlo. Nie przestawajcie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz