Dzien 33 i kolejne

No tak, marsze skonczone. Na razie pare dni przerwy na Krancu Swiata, potem krotki, trzydniowy spacer na autobus do Portugalii. Trudno mi jeszcze podsumowac calosc - to zwykle przychodzi z czasem. Na pewno zapasy spokoju i cierpliwosci podladowalem na kilka lat. Jakis czas spedzony bezdomnie pozwala docenic bardziej te podstawowe wygody w zyciu, jak dach, lozko czy jedzenie, czy fakt ze nic za bardzo nie boli. Do reszty problemow nabiera sie wtedy duzo wiecej dystansu.

Duza ilosc czasu samodzielnie tez pozwala sie wyciszyc. Moze nie bede sypal przykladami, na ktore szarpnela sie pani wzmiankowana ponizej, ale na pewno zmienia to troche myslenie. Moze i czasami za bardzo, co sugeruje przyklad kilku wiecznych pielgrzymow ktorych spotkalem, ale jezeli sie nie oszaleje, to wraca sie bardziej soba.

Z trybu marszowego za pare dni przerzucam sie na kolowy, jest jeszcze kawalek kraju do zjezdzenia. W sumie czekam chyba najbardziej na Lizbone i pare dni w Madrycie. Sewilla po drodze tez powinna byc atrakcyjna. Codzinne pisanie tez sie skonczy, bo i ilosc wrazen tutaj taka, ze nic tylko wierzse skladac. Albo cytowac jadlospis z restaruacji, bo ksiazki ktora skonczylem czytac cytowac nie mam zamiaru, a wrecz zaluje, ze nie da sie jej zapomniec... (Shirley MacLaine "The Camino", trzymac sie z daleka, gniot straszny).

Dla zainteresowanych, jezeli zdazalo mi sie na drodze sluchac muzyki, to dosc czesto bylo to ponizsze:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz