Teges, lilie poproszę.

Umieram. Nie jest to znowu jakiś dramat, bo mam tak od dziecka. Kiedyś było trudniej - młody i nieuczony nie znałem nazw co istotniejszych jednostek chorobowych, skutkiem czego umierałem na choroby tajemnicze i trudno identyfikowalne. Mniej więcej do momentu, kiedy rodzicielka zapytana po raz enty "czy coś mi jest?" odpaliła: hipochondria. Dzięki temu przez kolejne dwa lata zdychałem na hipochondrię doprowadzając tym do łez niejednego pediatrę.

Z wiekiem nabrałem nieco doświadczenia i wprawy, ze swadą identyfikując kolejne ciężkie choroby i przypadłości, o których z resztą dość rychło zapominałem w ferworze codziennej walki. Tak przywykłem do tego umierania i wydumanych symptomów, że prawie się kiedyś załatwiłem zapaleniem oskrzeli, bo mało widowiskowe było. Teraz za to dochodzę do wniosku, że to krztuszenie się co mnie męczy już półtora tygodnia to chyba nie jest psychosomatyczne i trzeba by je z kimś skonsultować. Ha! Tylko że bezrobotny jestem, co oznaczałoby publiczną służbę zdrowia.

Nie ma strachu, na szczęście nie jestem też zarejestrowany, więc mogę co najwyżej zdechnąć sobie pod płotem. Malowniczo.

Schowek

Bo ja w tym Krakowie, to mogłem sobie raczej schowek na bagaż wynająć, a nie pokój. Z czterech zaplanowanych noclegów udało się zrealizować dwa, z czego jeden tylko dlatego że uporczywie sączyłem herbatę, miast oddawać się kolejny dzień bohaterskiej walce ze złem. Nieodmiennie jednak była to wizyta pozytywna, obfitująca w całkiem udane i ciekawe spotkania, choć kalejdoskop sufitów przewijający mi się ostatnio przez życie lekko przytłacza. Ciekawe, czy szwendanie się uzależnia?

Cóż, teraz postaram się przyzwyczaić do domowego... dziesięć lat się nie oglądaliśmy dłużej, toteż mam nadzieje że stęsknił się na tyle, by sobie nie pójść. W ostatnim podejściu wytrzymałem osiem godzin, teraz trzeba będzie dobre dziewięć dni. Jeżeli nie oszaleję (bardziej), to będzie to jedno z większych osiągnięć roku. Well, anyway - nim przesortuję zdjęcia z wojaży trzeba wreszcie ogarnąć tą całą emigrację i zaleczyć początki gruźlicy. Acz pewnie Kraków jeszcze raz nawiedzę, SDM koncertuje, ciężko odpuścić.

Uh, ah, przegrupowanie...

Em. Dobra, jakoś niecałe dwadzieścia cztery godziny temu dotarłem wreszcie do Polszy. Mam szczerą, mocną nadzieję, że to raczej przelotne rendez-vous niż kolejny długotrwały ramans. Na razie staram się doprać rzeczy, ogarnąć napaść na Kraków i ruszyć temat pracy w UK. Damn, jak się to robiło? Ostatnie łapanie zatrudnienia na obczyźnie polegało na układaniu krawężników i korepetycjach z historii. Nie wiem na co mam mniejszą ochotę, acz żywię nadzieję, że tym razem popracuję w zawodzie. Cóż. Jakoś się rozpracuje. Na razie Kraków. W końcu.

Zgromadziło się masę ciekawych historii i nawet jeżeli trzy czwarte pozostanie nieopowiedzianycyh, to warto. Trzeba rozwieźć pamiątki. Trzeba wreszcie poskakać po knajpach, nawiedzić niewidziane miejsca i po prostu pocieszyć się oswojonym kawałkiem świata. Nawet, jeżeli ten kawałek ogląda się już tylko z wypadku, a nie codziennie. Tymczasem za Xellem:

O butach i Ekwadorze

Prababcia madra kobieta byla. Przekazywala tez swoja madrosc kolejnym pokoleniom, czy tego chcialy, czy nie. Jedna z zasad ktora kiedys mi tam utkwila, to ze mezczyzne mozna poznac po butach. Oczywiscie mlodym i glupim bedac nie wierzylem do konca, ale teraz z perspektywy osoby hm... mniej mlodej konstatuje, iz moze cos jest na rzeczy.

Bo na ten przyklad jezeli mezczyzna przychodzi do klubu, z natury rzeczy tanecznego, w ciezkich skorzanych butach, to z cala pewnoscia mozemy sie po nim spodziewac oryginalnych zainteresowan. I niespodzianek. Jeszcze przed sniadaniem.

O pielgrzymolapkach i podobnych

W Hiszpanii na nieostrozna osobe czekaja rozliczne pulapki. Nie mowie tutaj o klasycznych pielgrzymolapkach, jak drut kolczasty rozciagniety w poprzek szlaku, poluzowany wlaz studzienki, czy tez frywolnie zwisajacy przewod wysokiego napiecia (ze o drogowskazach w przepasc nie wspomne). Chodzi o rzecz bardziej prozaiczna, czyli wszechobecne roznice kulturowe. I tak do typowych naleza:

- menu - Hiszpanie nie sa drobiazgowym narodem, dlatego tez kalkulujac rachunek w restauracji nie powinnismy przywiazywac zbytniej wagi do koncowek. Najczesciej jezeli spodziewamy sie 5,00€, to zobaczymy np. 6.20€. Takie rzeczy, jak podatek VAT (IVA), koszt obslugi, koszt skorzystania z tarasu, czy tez serwetka sa przeciez drobiazgami nie wartymi wzmianki. Inna rzecz, ze polowy z serwowanych dan nie bedzie w karcie, razem ze wszystkimi napojami. Przeciez to oczywiste, ze pewne rzeczy po prostu sie podaje.

- sangria - jedna z najpopularniejszych pulapek, a przy okazji hit turystyczny. To co dostaniemy w wiekszosci lokali to tinto de verano (czerwone wino pol na pol z cytrynowa fanta) z odrobina owocow. Sangrie robi sie tu zwykle w domu, a turystom sprzedaje tania podrobe. Lepiej zaoszczedzic sobie cichej szydery i poprosic po prostu o tinto de verano. Jako alternatywe mozemy poprosic o
- vino y gaseosa, co jest lekko slodkawa woda mineralna
- tinto con naranja, czyli czerwone z pomaranczowa fanta.
- calimocho- wino z cola

- paella - popularne przekonanie glosi iz jest to ryz z owocami morza. Nie do konca, paella jest daniem z ryzem, tradycyjnie miesnym (paella valenciana, obecnie zdominowanym przez wersje morska. W 90% przypadkow bedzie przygotowana wczesniej i podawana poki sie nie skonczy. Dobrymi miejscami do probowania to arroceria, gdzie specializuja sie w ryzu, jako tapas (choc bedzie to wersja dosc "uboga"), a zupelnie najlepiej to w restauracjach, gdzie serwuje sie porcje min. dla dwoch osob.

- tapas - cudny zwyczaj poludniowej hiszpanii, gdzie do kazdego piwa/dwoch dostaniemy zakaske. Bedzie to wszystko od slimakow, poprzez smazone kartofle w ostrym sosie (patatas bravas), po orzeszki. Tapas nie sa wiec typem jedzenia, a sposobem jego podawania. W bardziej turystycznych regionach tapas sa sprzedawane, acz co za tym idzie sa wieksze i w wiekszej roznorodnosci. Chcac poprobowac tradycyjnych (i pysznych) tapas najlepiej Granada, acz w Badajoz, czy Chipionie tez byly swietne. W Madrycie da sie znalezc je w kilku miejscach, acz nie jest to zwyczaj typowy dla tego regionu

- flamenco - krotko tylko. To nie taniec, to muzyka. Taniec sie przy tym zdarza, ale nie jest czescia niezbedna. Najciekawszy jest spontanicznie improwizowany. Acz inna rzecz, ze jak mamy okazje zalapac sie na show, to najlepiej pelen zestaw.

O inicjatywach

Jesien idzie, a tu nie ma komu w morde dac... Mozna za to wyladowac sie w nieco inny sposob. Przypominam zatem dzielnie o KKS. Co to za zwirz? Otoz jest to Krakowski Klub Sportowy. Inicjatywa LGBTx, ktora zajmuje sie sportem i ogolnie promuje sport wsrod srodowiska (choc moze tez srodowisko wsrod sportu? ja tam wiem...).

Co jest grane obecnie?
- Swietnie dziala sekcja siatkarska, mamy pierwsze sukcesy na miedzynarodowych zawodach. Sekcja dziala o tyle preznie, ze niebawem zajecia beda dzielic sie na doskonalace grupy jezdzace na mistrzostwa, oraz grupy stricte amatorskie.
- Sekcja rowerowa, organizujaca wycieczki po blizszej i dalszej okolicy, prowadzac tez luzna wspolprace z grupa GiL
- We wakacje swoj debiut mialy grupa koszykarska i pilki noznej
- Od pazdziernika wraca sekcja taneczna, prowadzaca dosc nieczeste jestszcze w kraju zajecia z tanca wsrod par jednoplciowych. Ale dowolnych innych tez - chodzi przeciez o dobra zabawe, a nie by komu w dowod czy paszcze patrzec.

Kluczowe informacje publikowane sa na http://www.kks.malopolska.pl (link jest tez po prawej), mozna nas tez znalezc na InnejStronie czy Facebooku. Oczywiscie w sprawie wszelkich pytan mozna pisac tez do skromnie podpisanego. Ludzie mowia, ze ponoc uczestniczylem w powstaniu tego orga, acz ja nie jestem pewien :)

Jak to sie robi w Hiszpani?

Bedac nowym turysta w Hiszpani mozna dojsc do wniosku, ze wiekszosc Hiszpanow gdzies sobie poszla i jedynie w wiekszych miastach mozna spotkac odrobine innych turystow. Wszystkie sklepy zamkniete, a w nielicznych otwartych obsluga jest conajmniej zaskoczona naszym przybyciem, najczesciej zwyczajnie wroga. Teraz krotki przelot przez typowe pierwsze podejscie.

Wpadamy do miasta, znajdujemy hotel, zrzucamy bagaze i biegniemy na kolacje. Okolo 19:00 udaje nam sie znalezc restauracje, ktora dopiero co sie otwarla, jemy samotnie i wychodzimy kiedy inni klienci zaczynaja sie dopiero pojawiac.

Po kolacji wracamy do hotelu, biezemy prysznic i szykujemy sie do tak slawnego w Hiszpanii imprezowania. Niestety, kiedy wpadamy do knajpy okazuje sie, ze sa puste. Dwie godziny pozniej, zwiedziwszy dziesiatki pustych barow trafiamy do malej speluny poza centrum gdzie jest moze kilka osob. Zrezygnowanie i po kilku drinkach mamy dosc, ale zostajemy na miejscu, jako ze reszta miasta jest ewidentnie pusta. Przed polnoca ladujemy w hotelu i przeplacamy w ich barze pijac jakies podle trunki. O trzeciej - spimy.

Wakacje, nie? Spimy do dziewiatej, wstajemy myslac o porzadnym sniadaniu, jak w domu. Ha! Nic z tego. Na poszukiwaniu miejsca ktore poda nam cos wiecej niz tosta i mala kawe strawimy dobre dwie godziny, a i tak skonczymy w McDonalds. Zdychajac w upale zabieramy sie za zwiedzanie, lapiac po drodze dusznosci i udar sloneczny. O trzeciej obiad.... ale znow wszystko zamkniete. Coz, McDonalds again. Majac serdecznie dosc zwiedzania w upale i z podlym jedzeniem wracamy do hotelu. Trzeba odpoczac do kolacji o 19:00.

Teraz tak... co poszlo zle. Godziny. Chyba nie kojarze kraju ktory mialby tak scisly rozklad jazdy nt. jedzenia i zycia, jak Hiszpania. Do tego wrzucona w srodek sjesta skutecznie dezorganizuje plan dnia osobom przyzwyczajonym do Europejskiego trybu zycia. Po dwoch miesiacach tutaj wiem juz, ze powinno to wygladac mniej wiecej tak:

Jezeli przybilismy do hotelu ok. piatej, to spokojnie. Wprowazamy sie i spokojnie spacerujemy po okolicy. Kolacja zaczyna sie tutaj ok. 21:00, nie wczesniej. Spokojnie jemy sobie tak do 22:00. Po kolacji wracamy do hotelu, mozna sie odswiezyc. Imprezy i zycie nocne zaczyna sie o 23:30, w wiekszych miastach nawet pozniej. Caal rzecz zacznie sie rozkrecac dopiero ok. 1:00 - wtedy impreza w barze jeszcze trwa, a powoli zaczynaja sie kluby i okolice. Ok. 3:00 prace koncza bary a na dobre startuja kluby. Caly show konczy sie dopiero ok. 6:00-7:00. To zwykla godzina na koniec imprezy, a nie wydarzenie kwartalu.

Mimo tego wstajemy o 9:00, LEKKIE sniadanie i czas na zwiedzanie. Bedzie okazja i nadespac i zjesc wiecej pozniej. O 13:00 obiad. Duzy - warto Menu del Dia (o szczegolach ktorego nastepnym razem), ktore bedzie duze, solidne i tanie. Po lunchu idziemy sobie nadespac zaleglosci z poprzedniej nocy, acz nie za dlugo. Cos jak drzemka regeneracyjna. O piatej mozemy wyjsc znow pozwiedzac, jak poprzedniego dnia...

Lizbona

Miesiac abstynencji robi z czlowieka zwierze. Przyjechalem sobie do Lizbony, po sporej ilosci czasu w lesie, blocie i bagnach postanowilem sie nieco uczlowieczyc. Nie wspomne calego procesu, lekko nie bylo.

Lizbona jest droga. Nie dajcie sobie wmowic turystycznej propagandzie, ze to najtansza europejska stolica. Moze i w zachodniej Europie tak, ale "najtansza z..." wciaz oznacza dosc wysoki poziom. Kiedy zobaczylem prosty, bialy t-shirt za 55€, przyznaje - musialem chwile polezec. Tak czy inaczej kupilem troche czystych ubran, pumeks i przystapilem do cywilizowania sie.

Efekt niesamowity - obsluga w sklepach zaczela sie usmiechac, kelnerow w restauracji nie musialem juz zaczepiac zeby dostac menu, etc. Zwiedziony sukcesem postanowilem udac sie do lokalnej knajpy branzowej. Siedzialem tak sobie saczac specjal dnia (ze smaku - wodka z wodka i cytryna) i podziwialem widoki, choc nie byly jakies szczegolne. Z nagla za to przysiadlo sie dwoch przystojnych surferow ze Szwajcarii. Tak, Szwajcarii...

Od slowa do slowa, az nagle skonczyl mi sie drink. Mialem juz plan udawac sie do domu, jako ze grunt zrobil sie podejrzanie chwiejny, wiatr zaczal wiac a sily Coriolisa nabieraly mocy, kiedy to rzeczeni Szwajcarzy swierdzili "jeszcze jeden i idziemy". Ha! Teraz juz wiem, ze przyslal ich Szatan. Nie mam pojecia jak wrocilem do hostelu, podejrzewam ze maczal w tym skrzydla instynkt golebia. Nie wiem tez, jak udalo mi sie wlezc na pietrowe lozko i w ilu podejsciach... Obudzilem sie o 16:30 i rozpoczalem zmudna i dlugotrwala akcje Wskrzeszenie. Oj, co ja sie nacierpialem. 50m do sklepu lazlem w trzech podejsciach. Potem lezalem pol godziny obok butelki Coca-Coli oswajajac sie z mysla, ze bede ja musial wypic. A jogurt... co to byl za jogurt. Czulem po prostu jak zywe kultury bakterii skacza mi po wnetrznosciach drac ryje na potege.

Abstynencja to zlo. Nie przestawajcie...

O świadomości.


Chwilowo prosze mnie nie brac na powaznie. Obawiam sie, iz przywykam juz do zycia w trasie. Na dobra sprawe nie tesknie, czasami tylko przypląta sie jakies zbłąkane wspomnienie, czy szalony plan. Moze to objaw Camino o ktorym wspominal wczoraj pewien - dosc naładowany problemami - Niemiec. Otoz po jakims czasie w drodze traci znaczenie przeszlosc, a zaczyna sie liczyc coraz bardzie jutro, dalej, kolejny dzien.

A gdy jutro powoli zamienia sie w dzis, czlowiek znow bardziej patrzy w dzien, ktory dopiero nadejdzie. Terazniejszosc jakos przeplywa obok. Ciekawym, czy to objaw zdobywania madrosci, powolny marsz w odmety szalenstwa, czy przyzwyczajenie do nowego trybu zycia.

Zakladajac najbardziej optymistyczny ze scenariuszy, czyli nieuchronnie nadciagajaca madrosc, zastanawiam sie czy bede przy tym zmuszony pokochac ludzkosc, czy raczej niekoniecznie. Kwestia ta zaprząta mnie od kilku dni, kiedy to spostrzeglem ze o ile z jednej strony nie mam szczegolnej ochoty na wdawanie sie w znajmosc z kolejna osoba ktora pojdzie dalej, w inna strone, czy tez zostanie, to z drugiej ludzie przestaja mi przeszkadzac. To spora odmiana w porownaniu ze stanem wejsciowym.

Koty za to - inna sprawa. Od kiedy okazalo sie ze mnie śledzą pokladam pewną nadzieję w dalszym rozwoju wzajemnych ukladow. Zidentyfikowalem juz szefa calej siatki - dachowca o przycietym ogonie.

Catch

A bo tak se pomyslalem, nie, ze 993km piechota to wyglada niepowaznie. No bo tak 990? Pfff.... Dlatego miast pojechac na autobus do Santiago, postanowilem na niego pojsc. Wyszedlem przedwczoraj i wg planu dotre jutro. 90km zaledwie, ale przeciez to zawsze ladniej w papierach wyglada. Tysiunc kilometrow to juz jest cos.

Wczoraj po drodze zlapalem sie na zarcie. Rzecz nie lekka, bo podczas przecietnego dnia marszu spala sie od 3000 do 6000 kalorii, wiec kazda okazja na szamanie jest dobra. Kuchnia niezla, acz kucharz w ktoryms momencie porwal sie na kurczaka w sosie cytrynowym i zlapal od tego kurczaka solidny lomot. Skonczylem zatem na talezu z czyms, co nie wiedzialo czy jest drobiem, czy szarlotka. Sprawa dosc przykra, acz zezarlem i tak. Darmowej kalorii w paszcze sie nie patrzy.

Z tej okazji przypomnial mi sie przepis na ulubiona Kanapke Pielgrzymia.

Skladniki:
- Pieczywo
- Tunczyk

Przygotowanie:
Pieczywo nosimy w plecaku przez jakies 2-3 dni, az nabierze stosownej swiezosci. Gdy nadejdzie juz chwila, wyciagamy puszke z tunczykiem. Odrywamy zawleczke, wyszarpujemy noz i odkrawamy denko puszki, stosownie sie z tej okazji nacinajac. Broczac krwia i lekko chichoczac rozszarpujemy bulke na dwie czesci, podluznie.

Zajmujac sie bulka tracimy z oczu tunczyka, ktory podowczas zalewa nam spodnie i pol plecaka oliwa. Ratujac sie przed potokiem tluszczu w odziezy puszczamy w panice bulke, ktora pada na grunt i zaczyna lapczywie zbierac witaminy i makroelementy z podloza. Biezemy wdech i przypominamy sobie, ze wszechswiat nas kocha. Chichoczemy. Otrzepujemy bulke z co wiekszych makroelemetow i bardziej wystajacych witamin.

Zakrwawionymi lapami wyszarpujemy odsaczonego juz z oliwy tunczyka i ladujemy na utytlana w pyle i kurzu bulke. Skladamy, konsumujemy ochoczo. Jezeli okaze sie iz pieczywo jest nieco suche, nalezy spokojnie poczekac na opady, ktore pozwola mu nieco rozmieknac.

Dzien 33 i kolejne

No tak, marsze skonczone. Na razie pare dni przerwy na Krancu Swiata, potem krotki, trzydniowy spacer na autobus do Portugalii. Trudno mi jeszcze podsumowac calosc - to zwykle przychodzi z czasem. Na pewno zapasy spokoju i cierpliwosci podladowalem na kilka lat. Jakis czas spedzony bezdomnie pozwala docenic bardziej te podstawowe wygody w zyciu, jak dach, lozko czy jedzenie, czy fakt ze nic za bardzo nie boli. Do reszty problemow nabiera sie wtedy duzo wiecej dystansu.

Duza ilosc czasu samodzielnie tez pozwala sie wyciszyc. Moze nie bede sypal przykladami, na ktore szarpnela sie pani wzmiankowana ponizej, ale na pewno zmienia to troche myslenie. Moze i czasami za bardzo, co sugeruje przyklad kilku wiecznych pielgrzymow ktorych spotkalem, ale jezeli sie nie oszaleje, to wraca sie bardziej soba.

Z trybu marszowego za pare dni przerzucam sie na kolowy, jest jeszcze kawalek kraju do zjezdzenia. W sumie czekam chyba najbardziej na Lizbone i pare dni w Madrycie. Sewilla po drodze tez powinna byc atrakcyjna. Codzinne pisanie tez sie skonczy, bo i ilosc wrazen tutaj taka, ze nic tylko wierzse skladac. Albo cytowac jadlospis z restaruacji, bo ksiazki ktora skonczylem czytac cytowac nie mam zamiaru, a wrecz zaluje, ze nie da sie jej zapomniec... (Shirley MacLaine "The Camino", trzymac sie z daleka, gniot straszny).

Dla zainteresowanych, jezeli zdazalo mi sie na drodze sluchac muzyki, to dosc czesto bylo to ponizsze: