Dzien 10 - Islares : Laredo (25.9km)

Udalo mi sie zlapac "Internet". Latwo nie bylo, ale zlapalem kawalek komputera w jakiejs malej knajpce. Wczoraj skonczylem w Islares, w przemilym schronisku prowadzonym przez jednego kamerunczyka, po czym udalem sie na krotki (25km) spacer z obciazeniem do Laredo, gdzie udalo sie zalapac na nocleg u siostr zakonnych.

W ogole, dziwne miasto, nie dosc ze informacja turystyczna mowi po angielsku, to jeszcze obsluga w knajpie tez. To chyba jak dotad rekordo, bo nie dosc ze mowia, to jeszcze plynnie i w ogole. Zupelnie nie jak Hiszpania.

Z innych nowosci, to stawy dalej ledwie sie trzymaja, mam nadzieje ze dzisiejsza skrocona trasa pozwoli na odrobine regeneracji; dosc mam juz biegania z opaska ortopedyczna na kolanie. Poczytalnosc za to trzyma sie niezle, choc sa slabsze momenty i czasami lekko watpie. Powtarzam sobie wtedy ze widok z kranca swiata bedzie piekny i na pewno warto. Staram sie tez za duzo nie rozmawiac z przyroda, nawet jak sie narzuca i zagaduje pierwsza

No, warto jeszcze nadmienic o dyskretnym wyplywie takich marszy na ogol wizerunku... Popychanie z 10kg bagazu na plecach po 35km dziennie pieknie wysmukla. I mozna zrec ile sie chce.

Na froncie zonglerki tez postepy, jestem juz w stanie wykonac 3 do 4 przezutow na trzy pilki, ani razu nie trafiajac sie w twarz. Troche to upokarzajace bylo na poczatku, ale chyba z gorki juz.

1 komentarz:

  1. czy ty czasem tam za szybko nie pedzisz? widze ze juz prawie polowa trasy za toba, a to dopiero 10 dzien! :) pozdro z krakowa! tomekr

    OdpowiedzUsuń