Dzien 5 - Zumaia - Marquina-Xemin (33.9 km)

At, dzisiaj prawie 35km. Hospitalero byl mocno zaskoczony. W konkursie na najbardziej bolacy kawalek mnie lewa stopa odpadla na rzecz kolana. Sciegna z prawiej nogi udalo sie jakos rozchustac na 20. kilometrze, wpol jakiegos wzgorka w strugach deszczu.

Po przybyciu na miejsce znow okazalo sie ze jestem najszybszym pielgrzymem w stawce. Co o tyle ciekawe, ze po zdjeciu plecaka poruszam sie zupelnie jak emeryt. Wczoraj na przejsciu dla pieszych wyprzedzila mnie staruszka (acz kantowala troche - miala balkonik), a dzis dwoch dziadkow, choc potrzebowali na to dobrych 40m. To z reszta chyba lokalny sport emerytow - wyscigi z pielgrzymami.

Poza tym ze wszystko boli, to jest dobrze. Dalej mam dziwne uczucie ze to byla dobra decyzja i bedzie tylko lepiej. Czuje ze odzywam (psychicznie, bo fizycznie to jeszcze z jakis tydzien zejdzie) i ze na jesieni bedzie w ogole szau.

A. I dalej robie za centrum tlumaczen. Dzis na linii niemiecki-hiszpanski i zwyczajowo juz: francuski-hiszpanski. Czy ktos moze powiedziec tym ludziom, ze ja nie znam hiszpanskiego, o tlumaczeniu symultanicznym nie wspominajac?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz