Dzien 32 - Muxia : Fisterre (34km)

Dzien ostatni. Jak przy kazdym wyjsciu z wiekszego miasta - nie udalo mi sie znalezc poprawnego szlaku i skonczylem dreptajac ulica, miast wzgorzami. Mapa ktora dostalem w informacji miejsckiej nie okazala sie zbyt pomocna, jako ze nie pokazywala wszystkich ulic i wiosek.

Staraja sie polapac w tym wszystkim zapytalem o droge grupe starszych pan, ktore z radoscia pokazaly mi wzajemnie sprzeczne kierunki i zniknely. Jedyne co pozostalo, to zdac sie na wyczucie kierunku i isc w przeciwna strone niz sugerowalo.

Ostatnie kilometry praktycznie przefrunalem, motywowany widokiem oceanu przeswitujacego miedzy drzewami ktory oznacza wprost, ze dalej isc sie nie da i mozna co najwyzej probowac wplaw. Acz to niebezpieczne ponoc.

Po dotarciu na miejsce zahaczylem sie w ulubionej chatce ("Przytulek Slonca") - za grosze dorwalem materac na strychu i tak sobie mieszkam. Miejsce ma dosc specyficzna atmosfere - z jednej strony schronisko, z drugiej hippisowska komuna. Jest i sala do medytacji, jest garaz z kredkami i gitara. Problem czasem stanowi wejscie, ktore wlasciciel podcial pod wlasny wzrost. Nawet przy mojej dosc mikrej posturze regularnie hacze oń czerepem...

Po zadekowaniu sie na miejscu przespacerowalem sie nad sama krawedz starego swiata poogladac zachod slonca. Zawsze warto, ponoc zachwycaly sie nim juz legiony rzymskie. Slusznie, calkiem slusznie. Przejscie 990 km by obejzec ten zachod wydaje sie uzasadnione.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz