Dzien 31 - Olveiroa : Muxia (30 km)

Przedostatni dzien. Jutro grande finale. Z krotkiego podsumowania wychodzi ze lacznie bedzie jakies 990 km marszu. Coz, moze i 10 wiecej ladnie zaokragliloby rachunek, acz skonczyl sie kontynent i nie ma gdzie wiecej isc.

Pewnie przyjdzie jeszcze czas na podsumowania, jako ze bezrobotny bede miec pewnie czasu wiecej, niz mniej. Na pewno byla to wyprawa duzo trudniejsza niz pierwotne Camino. Nawet nie tyle fizycznie, choc tutaj wiecej gor i trzeba chodzic dalej, ze bedzie bolalo tez jakostam wiedzialem. Nie spodziewalem sie na ile sprawa moze byc trudna od strony psychicznej - cztery tygodnie samemu ze soba, bez rozpraszaczy w postaci komputera, czy ksiazki, to kawal czasu. Bardzo kawal.

Pare razy z kims sie pozarlem, pare razy pogadalem, wymienilem kilka ciekawych mysli, acz pryncypialnie lezie sie tutaj samemu. Na pewno trzeba sie ze soba oswoic, bo - jak sprawdzalem - uciec sie od siebie nie da. Nawet jak sie czlowiek zgubi, to tez we wlasnym towarzystwie. No nic, na pewno po takiej ilosc sluchania siebie latwiej jest sluchac innych. I tego sie bede staral po tym Camino trzymac nieco bardziej. Ot, tyle na razie.

Z informacji praktycznych - trasa so Muxii jest urocza. Ladnie polozone miasteczko, acz niezbyt wielkie. Jest ladniejsze z odleglosci, niz z bliska. Lokalna legenda o Maryi ktora przyplynela na kamiennej lodce, by zagrzewac sw. Jakuba to chrystianizacji okolicznych ziem jakos do mnie nie przemowila. Szczegolnie iz rzeczona lodz wygladala calkiem jak pare zwyklych kamieni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz