Dzien 28 - Arzua : Santiago (41 km)

Ach, Arzua... bylem tu dwa lata temu, patemietam wszystkie katy... W tym miescie lacza sie trzy szlaki Camino, co owocuje strasznym tlumem. Nie bez znaczenia jest tez fakt, ze snajduje sie ono w obrebie feralnych 100 km. Dlaczego feralnych? Otoz bulla papieska kazdy pielgrzym ktory przejdzie pieszo ostatnie 100 km przed Santiago moze otrzymac Compostellane, a po dopelnieniu dalszych obzedow - odpust zupelny (w roku swietym, gdy odpust w Santiago przypada na niedziele), badz czesciowy (w pozostale lata).

Skutkiem tego Camino ze spokojnej i lekko natchnionej trasy zamienia sie w zatloczony wyscig o lozka. Tak bylo i tym razem - pierwszya osoba w schronisku wstala o 5:30, w innych ponoc juz od 2:30. Wstala, zapalila swiatlo i poczela sie pakowac. Zen. Od tego momentu reszta wpadla w lekki poploch i tyle bylo widac dalszy sen. Zen. Spokojnie lezalem sobie i przegladalem prase, ktorej i tak nie rozumiem, czekajac az skonczy sie cale zamieszanie. Gdy ostatnie osoby wychodzily, akurat zabieralem sie za sniadanie. "Doczytalem" prase, po czym spokojnie i metodycznie zaczalem lekkim marszem wyprzedzac wszystkie osoby targajace sie od bladego switu. 800km kondycji robi swoje.

Wr... nie lubie Santiago. Jest sztuczne. Nie czuje w nim nic z duchowosci szlaku. Ludzie zabijaja sie o kawalek papieru, wysylaja plecaki taksowkami by szybciej isc, badz tez sami nimi jada. Wszedzie petaja sie jarmarczne pamiatki...

Wbrew pierwotnym planom poszedlem prosto do miasta nie zatrzymujac sie w Monte do Gozo. Dzieki temu posiedzialem troche z zapoznanymi wczesniej Niemcami. Z tej tez okazji spoznilem sie do schroniska, gdzie mialem swoj caly, acz skromny, ziemski dobytek i skonczylem spiac na podlodze w hotelu u wzmiankowanych Niemcow. Szau.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz