Dzien 20 - Soto de Luiña : Cadavedo (24 km)

Uch, ranek zaczal sie rownie wesolo, jak konczylo wczorajsze popoludnie - w bolu. Bardzo. Na szczescie z pomoca przyszla opaska elastyczna naciagnieta na cierpiaca konczyne. Po jakichs 10km udalo sie ja rozruszac. Pewnie pomogl tez drobny zastrzyk adrenaliny, gdy mijala mnie kolejna z rzedu osoba.

Reszta trasy juz latwiej, zgwalcone miesnie czasem sie szarpna na jakies akcje (np. u szczytu schodow), ale ogolnie jest niezle. Dzisiaj powinno sie udac porozciagac i pocwiczyc znow zonglerke. Dwa dni temu wychodzilo juz niezle i prawie nie trafiam sie w twarz.

Kontakt z rzeczywistoscia jeszcze utrzymuje, acz momentami incydentalny. Zdarza sie zwid, czy dwa, czasem dziwne mysli, ale nic bardzo ponad standard. Spokojnie jest, mozna powiedziec.

Wieczor spedzilem przy kolacji z Brytyjczykiem, ktory z manier i jezyka zalatuje mi wyzszymi klasami. Oblatany jest niesamowicie i jak w ktoryms momencie stwierdzil - pracuje bo lubi i ma ochote, a nie z musu. Fajnie, moze tez sie kiedys tak uda. Tak czy inaczej byl to jeden z ciekawszych wieczorow, choc ledwo zdazylem na zamkniecie schroniska.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz