Dzien 15 - San Vincente de la Barquera : Poó (48 km)

Juz powoli myslalem ze nie bede mial o czym pisac. A tu z samego rana wpakowalem sie w bagna. Ach, zeby tak po prostu. Nie! Z rozmachem, po pol lydki. Na szczescie moglem sie wydostac chwytajac sie porecznie posadzonych jezyn. Szkoda tylko ze nie wiem komu za nie dziekowac...

Nie byloby tak zle, bo ni jezyny nie byly az tak kolczaste, ni bagno szczegolnie glebokie, tyle ze perspektywa spaceru w mokrych butach jakos slabo mi sie usmiechala. Za to musze pochwalic membrane w butach - przy zanurzeniu swietnie filtruje, przedostala sie na dobra sprawe tylko woda, bloto wlewalo sie jedynie gora. Z porad zyciowych - idac na bagna warto mocno zasznurowac buty.

Tak sobie w tym mokrym obuwiu chodzilem i chodzilem, wyczucie kierunku targalo mna gdzie chcialo, w efekcie czego zwiedzilem dodatkowo park narodowy i pobliska kopalnie odkrywkowa (!). Z tej przyczyny do Llanes, gdzie mialem spac przeczlapalem nie 44km, a 46. I tak niezle. Wyrobilem sie juz i smigalem do miasta jak mloda gazela po dwoch kreskach, przedarlem sie przez cale siolo tylko po to by uslyszec - schornisk pelne.

HA! Recepcjonista na szybko zadane pytanie usmiechnal sie i powiedzial: za budynkiem w lewo i dwa kilometry prosto. Argh... coz bylo zrobic. Rozplakac sie, albo isc. Wybralem marsz, jako ze wydawal sie bardziej przyszlosciowy.

Schronisko faktycznie bylo, tylko nikt nie wiedzial gdzie. W efekcie sprawdzilem praktycznie kazda teorie mieszkancow, by trafic do niego niemal przypadkiem. Lokalny zwyczaj podawania kierunku sformulowaniem "za prawa reka" nie pomagal. Dopiero po czasie polapalem sie, ze "mano" to reka. Tak z wiedza poszerzona o kolejne slowa padlem na twarz w przytulnym i czystym miejscu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz