Dzien 12 - Güemes : Santander (18 km)

W sumie dzisiejszy poranek trudno zalapac bez wspomnien o wczorajszym wieczorze. Otoz albergue w ktorym nocowalem bylo lekko inne od pozostalych - zalozone ok. 30 lat temu jako schronisko sla drobnej spolecznosci pracujacej na rozne humanitarne cele.

Jakies 11 lat temu zanocowal tam pierwszy pielgrzym, co pozwolilo im na niesienie swoich pomyslow w swiat. W sumie nic ponad standard (egalite, fraternite...), ale w mily sposob z ktorym nie da sie nie sympatyzowac.

Wlasciciel, ktory rozbudowal na te potrzeby opuszczony dom po dziadku, co wieczor wyglasza krotka mowe o wczsniejszej drodze, historii schroniska i dalszym szlaku. Troche tlumaczy roznice pomiedzy del Norte, a Frances, co daje nieco inny oglad sprawy. Brak strzalek, brak schronisk jawi sie mniej jako niedostatek, a bardziej jako specyfika.

Pobyt w schronisku nie dosc ze darmo, to jeszcze z wyzywieniem. Po zlapaniu od wlascicela informacji o bardziej widokowym szlaku podreptalem w zadana strone... i to bylo dokladnie to Camino. Pusty szlak, niebo morze i gory. I wiatr. I duzo spokoju.

Spacer krotszy niz wszystkie, ledwie 18 km, ale trzeba dac odpoczac wymeczonym kosciom. Jutro z reszta czeka cos 42 km wiec nalezy wypoczac.

Trasa na dzis prowadzila do Santander, gdzie schronisko prowadzila kobieta o kolorycie, ktory mozna by odpilowywac i sprzedawac na pamiatki. Moglaby byc bohaterka piosenek Kazika. Gdyby tylko miala ochote.

Kobieta, ktora chrypiacym basem i ogromem osobowosci potrafi zgasic swiatlo, wypelnic sredniej wielkosci liniowiec i nawet nie zlapalaby zadyszki. Chyba zaloze fanklub. Ponoc jest tez odpowiedzialna za nasza kolacje, co troche niepokoi, bo planowalem nie pic, a tluczone szklo przyswajam slabo. Nic, akurat rzuca szklem w jakiegos innego klienta, wiec znikam gdzies na troche...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz