Dzien 32 - Muxia : Fisterre (34km)

Dzien ostatni. Jak przy kazdym wyjsciu z wiekszego miasta - nie udalo mi sie znalezc poprawnego szlaku i skonczylem dreptajac ulica, miast wzgorzami. Mapa ktora dostalem w informacji miejsckiej nie okazala sie zbyt pomocna, jako ze nie pokazywala wszystkich ulic i wiosek.

Staraja sie polapac w tym wszystkim zapytalem o droge grupe starszych pan, ktore z radoscia pokazaly mi wzajemnie sprzeczne kierunki i zniknely. Jedyne co pozostalo, to zdac sie na wyczucie kierunku i isc w przeciwna strone niz sugerowalo.

Ostatnie kilometry praktycznie przefrunalem, motywowany widokiem oceanu przeswitujacego miedzy drzewami ktory oznacza wprost, ze dalej isc sie nie da i mozna co najwyzej probowac wplaw. Acz to niebezpieczne ponoc.

Po dotarciu na miejsce zahaczylem sie w ulubionej chatce ("Przytulek Slonca") - za grosze dorwalem materac na strychu i tak sobie mieszkam. Miejsce ma dosc specyficzna atmosfere - z jednej strony schronisko, z drugiej hippisowska komuna. Jest i sala do medytacji, jest garaz z kredkami i gitara. Problem czasem stanowi wejscie, ktore wlasciciel podcial pod wlasny wzrost. Nawet przy mojej dosc mikrej posturze regularnie hacze oń czerepem...

Po zadekowaniu sie na miejscu przespacerowalem sie nad sama krawedz starego swiata poogladac zachod slonca. Zawsze warto, ponoc zachwycaly sie nim juz legiony rzymskie. Slusznie, calkiem slusznie. Przejscie 990 km by obejzec ten zachod wydaje sie uzasadnione.

Dzien 31 - Olveiroa : Muxia (30 km)

Przedostatni dzien. Jutro grande finale. Z krotkiego podsumowania wychodzi ze lacznie bedzie jakies 990 km marszu. Coz, moze i 10 wiecej ladnie zaokragliloby rachunek, acz skonczyl sie kontynent i nie ma gdzie wiecej isc.

Pewnie przyjdzie jeszcze czas na podsumowania, jako ze bezrobotny bede miec pewnie czasu wiecej, niz mniej. Na pewno byla to wyprawa duzo trudniejsza niz pierwotne Camino. Nawet nie tyle fizycznie, choc tutaj wiecej gor i trzeba chodzic dalej, ze bedzie bolalo tez jakostam wiedzialem. Nie spodziewalem sie na ile sprawa moze byc trudna od strony psychicznej - cztery tygodnie samemu ze soba, bez rozpraszaczy w postaci komputera, czy ksiazki, to kawal czasu. Bardzo kawal.

Pare razy z kims sie pozarlem, pare razy pogadalem, wymienilem kilka ciekawych mysli, acz pryncypialnie lezie sie tutaj samemu. Na pewno trzeba sie ze soba oswoic, bo - jak sprawdzalem - uciec sie od siebie nie da. Nawet jak sie czlowiek zgubi, to tez we wlasnym towarzystwie. No nic, na pewno po takiej ilosc sluchania siebie latwiej jest sluchac innych. I tego sie bede staral po tym Camino trzymac nieco bardziej. Ot, tyle na razie.

Z informacji praktycznych - trasa so Muxii jest urocza. Ladnie polozone miasteczko, acz niezbyt wielkie. Jest ladniejsze z odleglosci, niz z bliska. Lokalna legenda o Maryi ktora przyplynela na kamiennej lodce, by zagrzewac sw. Jakuba to chrystianizacji okolicznych ziem jakos do mnie nie przemowila. Szczegolnie iz rzeczona lodz wygladala calkiem jak pare zwyklych kamieni.

Dzien 30 - Negreira : Olveiroa (38 km)

Dzisiaj padlo pare kilometrow ekstra, bo sie tak jakby zgubilem. Znowu. Przy tym ten kawalek trasy bardzo lubie, wiec postanowilem nadlozyc drogi i wrocic na wlasciwy szlak, miast targac skrotami. Tutaj nie obylo sie bez niespodzianek - pani kierujaca mnie na trase byla zaskoczeniem tygodnia. Po paru nieporadnych zdaniach z mojej strony przeskoczyla na angielski, ktorym zakasowalaby wielu znanych mi anglikow. Na szczescie po chwili okazalo sie, ze wychowala sie w Londynie, acz pare lat temu przeniosla sie do hiszpani i tak sobie pracuje na stacji benzynowej posrodku niczego...

Reszta dnia juz bez szczegolnych wrazen, raczej spokojnie. Pojawiaja sie nowe twarze, acz bardzo spokojnie i bez tloku. Zdziwilem sie tylko widzac ludzi, ktorzy wydaja sie tutaj zaczynac - dwa lata temu spoktykalem na trasie tylko weteranow Camino, ktorzy na dobra sprawe mogliby chodzic boso... Czesc z reszta chodzila. Nic to, phanta rei. I tak na razie lapie spokoj, mysle i ogolnie medytuje. Jest spora szansa, ze ta droga przyniesie wiecej rewolucji, niz planowalem.

Dalej widuje pielgrzyma-indianina. Niestety, zwykle jest sam, wiec nie mam pewnosci czy to tylko moja halucynacja, czy istnieje na prawde. Na wstepny oglad chyba jest francuzem (co nietypowe - Ci najbardziej odklejeni zwykle pochodza z Niemiec) i spi raczej pod golym niebem, niz w przytulkach i schroniskach

Dzien 29 - Santiago : Negreira (24 km)

Ha! To jest Droga. To jest to Camino na ktore czekalem. Tutaj czlowieka ogarnia przepastny spokoj, tutaj prostuja sie mysli. Chyba po to trzeba isc do Santiago, by moc spokojnie przejsc ostantnie trzy, cztery dni. Trudno opisac, jak sie tutaj idzie... kilometry sa dluzsze, teren trudniejszy, droga sypie znakami i myslami.

Dzisiaj szedlem przez spalony las, spotkalem mnicha w rozowych butach, ktory mial spojrzenie szalone jak ksiezyc w nowiu. I dwojke przesympatycznych rowerzystow, a potem pielgrzyma w stoju indianina, ktory chcial czestowac herbatnikami.

Tutaj dopiero czuje, czym jest droga. Tutaj podnioslem kamien i wiem, po co go niose. To bedzie dobra droga, mimo deszczu i nieprzespanej nocy. Camino.
___
PS. W najblizszym czasie moge sie lekko odkleic od rzeczywistosci. Z gory upraszam o cierpliwosc, acz moge epatowac uduchowieniem.

Dzien 28 - Arzua : Santiago (41 km)

Ach, Arzua... bylem tu dwa lata temu, patemietam wszystkie katy... W tym miescie lacza sie trzy szlaki Camino, co owocuje strasznym tlumem. Nie bez znaczenia jest tez fakt, ze snajduje sie ono w obrebie feralnych 100 km. Dlaczego feralnych? Otoz bulla papieska kazdy pielgrzym ktory przejdzie pieszo ostatnie 100 km przed Santiago moze otrzymac Compostellane, a po dopelnieniu dalszych obzedow - odpust zupelny (w roku swietym, gdy odpust w Santiago przypada na niedziele), badz czesciowy (w pozostale lata).

Skutkiem tego Camino ze spokojnej i lekko natchnionej trasy zamienia sie w zatloczony wyscig o lozka. Tak bylo i tym razem - pierwszya osoba w schronisku wstala o 5:30, w innych ponoc juz od 2:30. Wstala, zapalila swiatlo i poczela sie pakowac. Zen. Od tego momentu reszta wpadla w lekki poploch i tyle bylo widac dalszy sen. Zen. Spokojnie lezalem sobie i przegladalem prase, ktorej i tak nie rozumiem, czekajac az skonczy sie cale zamieszanie. Gdy ostatnie osoby wychodzily, akurat zabieralem sie za sniadanie. "Doczytalem" prase, po czym spokojnie i metodycznie zaczalem lekkim marszem wyprzedzac wszystkie osoby targajace sie od bladego switu. 800km kondycji robi swoje.

Wr... nie lubie Santiago. Jest sztuczne. Nie czuje w nim nic z duchowosci szlaku. Ludzie zabijaja sie o kawalek papieru, wysylaja plecaki taksowkami by szybciej isc, badz tez sami nimi jada. Wszedzie petaja sie jarmarczne pamiatki...

Wbrew pierwotnym planom poszedlem prosto do miasta nie zatrzymujac sie w Monte do Gozo. Dzieki temu posiedzialem troche z zapoznanymi wczesniej Niemcami. Z tej tez okazji spoznilem sie do schroniska, gdzie mialem swoj caly, acz skromny, ziemski dobytek i skonczylem spiac na podlodze w hotelu u wzmiankowanych Niemcow. Szau.

Dzien 27 - Sobrado dox Monxes : Arzua (24 km)

Z okazji slabego nastroju i nadmiaru czasu skrocilem sobie etap. To z kolei spowodowalo iz wiekszosc znanych paszczy wyprula do przodu. Jezeli jutro sie uwine, to moze dogonie, acz jeszcze nie wiem. Planowanie nie jest moja najmocniejsza strona ostanimi dniami. No coz, zostalo jeszcze jutro/pojutrze do Santiago. Potem 2-3 dni do kranca swiata. I potem kolejny miesiac tulaczki, z tym ze juz nie pieszo.

Chwilowo sklaniam sie do przekonania, ze o ile szalenie lubie wlasne towarzystwo i w znakomitej wiekszosci przypadkow swietnie sie bawie, to dwa miesiace samodzielnie wydaja sie byc ambitnym planem.

Z plusow dnia - dorwalem sie do pralki. Wypralem wszystkie ubrania i czuje sie nieco bardziej swiezy. Ekwipunek przejzany i posprzatny, wiec do stolicy prowincji weje wymuskany niczym pieciogwiazdkowy bezdomny. A i pogoda ma ponoc dopisywac, wiec szykuje sie kawalek milego spaceru, juz od piatej rano pewnie. Bo wtedy wlasnie wstaja wszyscy ci fajni ludzie, ktorzy dolaczyli na ostatnie 100 km. Czy zatluczenie kogo kantem poduszki, to wciaz zbrodnia, czy juz osiagniecie?

Dzien 26 - Vilalba : Sobrado dos Monxes (24 km)

Skracam dystans - dzisiaj 24km. Jestem lekko zmeczony i mam zamiar zadekowac sie w schronisku o 15:00 a nie o 20:00. Jest poniedzialek, wiec zywie nadzieje, ze uda sie uzupelnic mocno przetrzebiony ekwipunek.

[...]

Ekwipunek uzupelniony, choc tanio nie bylo. W dodatku leje, nie ma gdzie zrobic prania i wszystko bedzie mokre kolejne dwa dni. Czuje, ze sie kleje. I jestem hm... mocno niesalonowy, co po czterech tygodniach na szlaku jakos nie zaskakuje. Spac chce. I jesc. Nie jestem obloczkiem szczescia. Acha, z malym palcem u stopy dzieje sie cosc dziwnego. Mimo wszsytko mam nadzieje, ze nie odpadnie. Jakos sie przyzwyczailem przez te lata.

[...]

Dobra, po prysznicu w zaplesnialej lazience czuje sie juz lepiej. Mieszkamy w starym klasztorze, ktory sasiaduje z jednym z najpiekniejszych kosciolow jakie widzialem. Romanski, z XII wieku, fasada barokowa. Drzewa rosnace na dachu i dzwonnicy sa niesamowite. Od calosci nie bylem w stanie oderwac ni aparatu, ni spojrzenia przez dobre 20 minut.

Dzien 25 - Vilalba : Miraz (39.7 km)

Z rana pobieglem do bankomatu, akurat byla okazja i oswiadczylem hiszpanom ze pojde sobie potem troche szybciej. Sprawa przebiegla bezbolesnie i model spotykania sie wieczorami i w przerwach bede wrdazal dalej. Porozoumiewanie sie w jezyku ktory jest mi strasznie obcy czasem meczy i chwila przerwy sie przyda.

Dzien lecial wolniej i skonczyl sie w schronisku prowadzonym przez Brytyjczykow. Doszlo do pewnych niesnasek na tle rowni kulturowych pomiedzy luznymi hiszpanami, a zasadniczymi brytyjczykami. Caklosc udalo sie jakos zalagodzic i nawet dostalismy kawalek podlogi do spania.

Z nowinek - odkrywam w sobie niesamowita milosc do angielskiego akcentu i jezyka w ogole. To chyba dobrz wrozy w kontekscie jesiennych planow migracyjnych i adaptowania sie do ichniej kultury.

Dzien 24 - Mondonedo : Vilalba (37 km)

Zostalo jeszcze 122km do pierwszego celu - Santiago, gdzie przy odrobinie wysilku moge uzyskac odpust zupelny. Generalnie troche szkoda tych wszystkich lat grzeszenia, wiec pewnie hm... sobie odpuszcze.

Drugim celem jest Fisterre, czyli tzw. kraniec swiata. Trasa ta datuje sie nie tylko na czasy przedchrzescijanskie, ale tez przedindoeuropejskie. Prowadzi pod droga mleczna, prosto na skalne urwisko. Przy podrozy noca - wrazenia niezapomniane.

Istnieje ponoc tradycja wedle ktorej mozna przez droge niesc swoje problemy i wyrzucic je za kraniec na koncu drogi. Jeszcze nie jestem pewien czy chce i mam co wyrzucac, zwlaszcza ze generalnie zakladalem ze nie bede rzucac soba.

Dalej hasam z Sergio, choc powoli kwitnie mi mysl "how can I miss you if you won't go away". Tak na pare godzin do dnia. Z reszta mam podejrzenia, ze moj hiszpanski ktory operujacy na poziomie kilkulatka, ktory wykul troche laciny moze byc meczacy nie tylko dla mnie. No coz, pogadamy i zobaczymy co sie urodzi. Spore szanse ze czekaja nas co najmniej dwie noce pod gwiazdami i marsze w deszczu, co moze wystawic na ciezka probe nawet wieloletnie znajomosci.

Miejsce do spania dzisiaj - srodek strefy industrialnej, najblizszy punkt zaopatrzenia 2km dalej. Szau. Nie wiem, kto to zaplanowal

Dzien 23 - Ribadeo : Mondoñedo (37.4 km)

No dobra... jakos tak dziwnie nawarstwily sie okolicznosci przyrody, ze nie bylo wspolnego gotowania. Co wiecej, nie bylo tez miejsca na podlodze w schronisku. Ujmujac sprawe doslownie - skonczylem pod mostem. Bardzo doslownie, bez metafor i przenosni.

Okazalo sie, ze wprowadzajac sie pod most zlozylismy wizyte pewnemu calkiem sympatycznemu bezdomnemu, ktory nie tylko opowiedzial nam historie swojej kwatery, ale tez chcial podzielic sie swoim kartonem. Bo mial dwa. Mimo ze nie skorzystalismy, to nie wiedzialem co powiedziec - za caly ziemski dobytek majac dwa kawalki tektury, jeszcze sie moc podzielic... Nad ranem zbudzily mnie pierwsze ciezarowki i swiatlo latarni, ktore pomylilem ze wschodem slonca. Co zaskakujace - sie w miare wyspalem.

Po owej uroczej nocy podreptalismy zwyczajowy niemal dystans, acz w niezlym tempie. Miasto w ktorym skonczylismy - urocze i bardzo spokojne - maja jeden radiowoz; takie miejsce gdzie mozna wpasc na dwa tygodnie doczytac wszystkie zalegle ksiazki.. Schronisko zarzadzane przez lokalna policje, z reszta umieszczone kolo aresztu.

Jak sie za to dalsze plany nie uloza, to czekaja nas kolejne dwie noce pod gwiazdami. Jej! Nie ma to jak dostac z samego rana rosa w twarz...

Dzien 22 - Navia : Ribadeo (30 km)

Intensywna przygoda z jezykiem hiszpanskim trwa. Gramatyka jeczy powoli troche mniej, nie wiem tylko czy to juz stupor, czy faktycznie robie jakies postepy. Najbardziej przeszkadza mi ograniczone slownictwo - trodno finezyjnie komentowac zastane okolicznosci przyrody, kiedy ma sie zasob slow trzylatka. Coz, przyjdzie z czasem.

Dzisiaj zatrzymalismy sie nieco wczesniej - w Ribadeo - gdyz Sergio narzekal na bol sciegna. Podobny mnie meczyl jakies dwa dni wczesniej. Zobaczymy jak to wplynie na dalsze marsze, bo dystanse szykuja sie dosc spore. Jutro bedzie jakies 36km, potem wiecej. Zawsze jest szansa na wczesniejsza przerwe w Luarce, bodajze. Warto tez polecic schornisko w miejscowosci Tapia, ktore dzisiaj minelismy - ma niesamowity widok na skaliste wybrzeze.

Dobra, czeka nas jeszcze jakies gotowanie i kolejna noc na podlodze schroniska. Ciezko w okolicy o jakiekolwiek miejsca. Przyznam ze mam wobec tej podlogi zle przeczucia - jest nierowna i ma miejscami rzezbione zdobienia, to zle wrozy dalszym ukladom...

Dzien 21 - Cadavedo : Navia (35 km)

No dobra, jakies dwa dni temu poznalem bande Hiszpanow, czy moze dwoch wlasciwie z jednostkami orbitujacymi wokol. Tak sie okazjonalnie pogadalo czasem, choc ja po ichniemu nie bardzo, oni po mojemu jeszcze mniej.

Dzisiaj rano wychodzac ze schroniska zlapalem chwilowo wspolne tempo z niejakim Sergio (Baskiem, jak sie okazalo) i z braku laku a innnych mozliwosci zastosowalem Hiszpanski. Gramatyka praktycznie rozlozyla kolana nim sie do niej zblizylem i dumnie znosila gwalt za gwaltem. Skladnia i wymowa poszly w las i tyle je widzieli. Mimo tego komunikujemy sie od dobrych osmiu godzin i jakos to dziala.

W efekcie skonczylem w jego towarzystwie pare kilometrow dalej niz orginalnie planowalem, co pewnie przesortuje tez dalsze plany. Generalnie zlapal wysoka lokate w kategorii znajmosc z Camino, bo pierwszy raz ktos zmusil mnie do uzywania jezyka ktorego ucze sie od trzech tygodni w stopniu, ktory zwykle wymaga parunastu miesiecy nauki. Dobrze jest, zakladajac ze starczy mi cierpliwosci na dluzej.

Dzien 20 - Soto de Luiña : Cadavedo (24 km)

Uch, ranek zaczal sie rownie wesolo, jak konczylo wczorajsze popoludnie - w bolu. Bardzo. Na szczescie z pomoca przyszla opaska elastyczna naciagnieta na cierpiaca konczyne. Po jakichs 10km udalo sie ja rozruszac. Pewnie pomogl tez drobny zastrzyk adrenaliny, gdy mijala mnie kolejna z rzedu osoba.

Reszta trasy juz latwiej, zgwalcone miesnie czasem sie szarpna na jakies akcje (np. u szczytu schodow), ale ogolnie jest niezle. Dzisiaj powinno sie udac porozciagac i pocwiczyc znow zonglerke. Dwa dni temu wychodzilo juz niezle i prawie nie trafiam sie w twarz.

Kontakt z rzeczywistoscia jeszcze utrzymuje, acz momentami incydentalny. Zdarza sie zwid, czy dwa, czasem dziwne mysli, ale nic bardzo ponad standard. Spokojnie jest, mozna powiedziec.

Wieczor spedzilem przy kolacji z Brytyjczykiem, ktory z manier i jezyka zalatuje mi wyzszymi klasami. Oblatany jest niesamowicie i jak w ktoryms momencie stwierdzil - pracuje bo lubi i ma ochote, a nie z musu. Fajnie, moze tez sie kiedys tak uda. Tak czy inaczej byl to jeden z ciekawszych wieczorow, choc ledwo zdazylem na zamkniecie schroniska.

Dzien 19 - Avilles : Soto del Luiña (33.4 km)

Odn. ceny. Tak, dzisiaj przyszlo mi zaplacic za wczorajsze wyczyny. Dystans ktory normalnie dreptalbym do 14:00 skonczylem ok. godz. 19:00. Kazdy krok podszyty byl bolem, pare razy musialem sie zatrzymywac, bo nogi nie chcialy pracowac.

W kilku przypadkach szedlem bokiem, tylem, rozwazalem tez czy nie sprobowac na rekach, ale jestem pewien ze plecak psulby efekt. Z reszta widok i tak byl niecodzienny - czlowiek idacy z gorki tylem, na jednej rece suszacy skarpetki, druga myjacy zeby z bielizna dumnie powiewajaca na plecaku przykuwa uwage.

I tak warto bylo to przewalczyc. Mam tylko nadzieje, ze do jutra przejdzie i ze wiecej mi taki pomysl do lba nie strzeli. Tak przy okazji, to hiszpanski rozumiem coraz lepiej. Integruje sie tez powoli z fala ludzi, ktora wczoraj dogonilem. Po wczorajszym wejsciu z buta w ostatniej chwili, wycharczeniu skad ide zlapalem lekka fame i pare ludzikow chce sie zapoznac. W sumie czemu nie...

Dzien 18 - Sebrayu : Avilles (62.7 km)

Ta. Pobilem swoj zyciowy rekord. Wg wczesniejszego planu mialo to byc 51-53km, acz po wszystkim okazalo sie, ze jest duzo wiecej. Teraz tak - dlaczego sie na to porwalem.

(A) Nie podobal mi sie Gijon. Nie lubie duzych miast, a szczegolnie duzych miast na szlaku. (B) Chcialem sprawdzic, czy sie uda.

Z perspektywy czasu stwierdzam, ze czysto teoretyczna swiadomosc wlasnych ograniczen jest lepsza. Mniej boli. Dosc powiedziec, ze hospitalero ktory mnie przyjmowal nie byl w stanie wykrztusic z siebie slowa. Wygladalem w miare niezle, choc ostatnie kilka kilometrow poddawalo sie absolutnie wszystko - od tchu, przez sciegna, po miesnie i stawy. Targal do przodu tylko upor.

Dzien 17 - San Esteban : Sobreyu (28.4 km)

W San Esteban nie bylo sklepu, baru ani innego przybytku pozwalajacego sie zaopatrzyc w pokarm. Podobnie jest tutaj, szczesliwie tym razem targalem wiecej jedzenia na grzbiecie i nie musialem jechac po zelaznych zapasach i podobnych cudach. Sila rzeczy dzwiganie takiego dobytku na plecach jest srednio przyjemne.

Camino z jednej strony dziczeje, bo miasta mniej czeste a mniejszcze, z drugiej strony robi sie coraz wiecej ludzi. Troche jestesmy zmuszeni do blizszej integracji, bo mniej miejsc gdzie mozna sie zatrzymac a spanie po chaszczch nie zawsze jest fajne. Nie zebym mial chwilowo szczegolna ochote na integracje. Jakos samodzielnie na szlaku, z wiatrem w uszach jest mi weselej. Ciekawe czy to juz zostanie?

Pamietam z reszta z ostatniego Camino pewnego Niemca ktory wyszedl na szlak i tak mu zostalo. Kiedy go poznalem (2008) mial akurat dziesieciolecie wedrowania. Wydaje mi sie, ze wedruje wciaz. Wczoraj tez sie Niemiec trafil, tez o spojrzeniu gdzies wykraczajacym poza granice powszechnie spotykanej rzeczywistosci i lekko tchnione przez zaswiat. A ze dziwny byl z lekka, to inna bajka.

Odcinki troche krotsze, bo ma srednio wypadac po 25km na dzien, acz jak mnie jutro ruszy, to poleze 51. Zobaczymy czy sie uda.

Dzien 16 - Poó : San Esteban (29.3 km)

Tak. Dwadziescia dziewiec kilometrow. Tak z pewnoscia stalo we wszelkich mapach. Acz tyle razy ile sie dzisiaj zgubilem nie policze. W zwiazku z gubieniem sie nadeptalem na pewno pare jednostek wiecej. Np. cos 11 razy przechodzilem przez tory kolejowe, a powinienem gora trzy. Za to w dosc uroczych okolicznosciach przyrody - calosc okolicy to labirynt malych wiejskich uliczek obsadzonych krzewami. Na prawde przeuroczo.

Spotkalem tez po drodze pewna Wloszke z ktora chyba rozmawialem po wlosku, albo w jakims innym romanskim jezyku, jako ze wloskiego nie znam ni w zab. Z jednej strony to mile, z drugiej zastanawiam sie czy kiedys uda mi sie rozplatac ten konglomerat slowno-gramatyczny, czy tez skonczy sie jak z jezykami poludniowoslowianskimi, z ktorych w kazdym niby troche pogadam, a w zadnym porzadnie.

Z porad zyciowych;
- w Poó - zeby dostac sie do schroniska dochodzimy do torow, przechodzimy przez nie i idziemy do srzyzowania. Na skrzyzowaniu w prawo, w strone restauracji. Na przeciw restauracji jest waskie (max 1.5 m) przejscie miedzy dwoma posesjami ograniczone murami. Idziemy tym przejsciem, na koncu w prawo. Schronisko to taki zielony dom. Warto.
- w Ribadiselle zlewamy strzalki i drogowskazy bo prowadza mniej wiecej nigdzie. Dostajemy sie w okolice mostu i podpytujemy informacje turystyczna ktora ma poprawne dane. W razie braku informacji - szlak wiedzie mostem, za mostem w okolice parku. Generalnie prosto za wskazowkami.

Troche mi odpadlo trenowanie zonglerki po tym jak podnioslem poprzeczke kilometrow, acz bede chcial wrocic do podrzucania na pewno. I tyle na dzis, bo zwyczajowo padam. Deczko mi tez teskno chwilowo, choc to akurat powinno przejsc szybko.

A! Zgubuilem kolejna rzecz - recznik. Plecak mam juz niemal pusty, planuje spisac co udalo mi sie doniesc i porownac z lista startowa. Powinno wyjsc co jest tak na prawde niezbedne. Np. z trzech par spodni zostala chyba jedna, nie wspominajac o niejasnych okolicznosciach otaczajacych znikniecie czesci bielizny...

Dzien 15 - San Vincente de la Barquera : Poó (48 km)

Juz powoli myslalem ze nie bede mial o czym pisac. A tu z samego rana wpakowalem sie w bagna. Ach, zeby tak po prostu. Nie! Z rozmachem, po pol lydki. Na szczescie moglem sie wydostac chwytajac sie porecznie posadzonych jezyn. Szkoda tylko ze nie wiem komu za nie dziekowac...

Nie byloby tak zle, bo ni jezyny nie byly az tak kolczaste, ni bagno szczegolnie glebokie, tyle ze perspektywa spaceru w mokrych butach jakos slabo mi sie usmiechala. Za to musze pochwalic membrane w butach - przy zanurzeniu swietnie filtruje, przedostala sie na dobra sprawe tylko woda, bloto wlewalo sie jedynie gora. Z porad zyciowych - idac na bagna warto mocno zasznurowac buty.

Tak sobie w tym mokrym obuwiu chodzilem i chodzilem, wyczucie kierunku targalo mna gdzie chcialo, w efekcie czego zwiedzilem dodatkowo park narodowy i pobliska kopalnie odkrywkowa (!). Z tej przyczyny do Llanes, gdzie mialem spac przeczlapalem nie 44km, a 46. I tak niezle. Wyrobilem sie juz i smigalem do miasta jak mloda gazela po dwoch kreskach, przedarlem sie przez cale siolo tylko po to by uslyszec - schornisk pelne.

HA! Recepcjonista na szybko zadane pytanie usmiechnal sie i powiedzial: za budynkiem w lewo i dwa kilometry prosto. Argh... coz bylo zrobic. Rozplakac sie, albo isc. Wybralem marsz, jako ze wydawal sie bardziej przyszlosciowy.

Schronisko faktycznie bylo, tylko nikt nie wiedzial gdzie. W efekcie sprawdzilem praktycznie kazda teorie mieszkancow, by trafic do niego niemal przypadkiem. Lokalny zwyczaj podawania kierunku sformulowaniem "za prawa reka" nie pomagal. Dopiero po czasie polapalem sie, ze "mano" to reka. Tak z wiedza poszerzona o kolejne slowa padlem na twarz w przytulnym i czystym miejscu...

Dzien 14 - Santillana del Mar : San Vincente de la Barquera (34 km)

Woda ze swietego zrodelka chyba nie miala jakiegos szczegolnego wplywu. Czuje sie zupelnie normalnie, jak na noc spedzona pod wiata w polbizu kosciola z dzwonnica. I dzwonem. Dzwoniacym kazda jedna godzine. I polowki miedzy nimi. Niestety przejscie trasy w wersji pelnej nie pozwalalo na inne opcje. Za to miasteczko bylo dosc urokliwe (utrzymano sredniowieczny styl), choc mocno turystyczne.

Ze slabszych motywow - kolano znow sie narzuca. Po dluzszych negocjacjach ustalilismy ze w zamian za chwile przerwy i odrobine tunczyka poniesie jeszcze kilka kilometrow. Udalo mi sie nawet wyprzedzic jednego Wlocha, ktory wyglada jak wcielona lekkoatletyka. Ha! Miejsce gdzie doszlismy wydaje sie calkiem sympatyczne, choc lekko niepokoja mnie gory na horyzoncie. Z horyzontem, to jest tutaj w ogole sliska sprawa - cokolwiek ciekawgo sie na nim pojawi, predzej czy pozniej oglada sie z bliska. I tak trzy razy dziennie.

Nic, jutro jeszcze raz 40km, wiec trzeba sie uwinac. Po kolacji, ktora gotowalismy stadem zostalo jeszcze pare rzeczy do zrobienia. Gotowanie bylo z reszta calkiem fajne, mimo barier jezykowych marchew obiera sie wszedzie podobnie. Poogladalem, popomagalem i bylo milo. Z reszta zrobienie jedzenia na 30 osob juz sie kiedyz zdarzylo. Szefowa przybytku wsppminala cos o adopcji...

Dzien 13 - Santander : Santillana del Mar (43 km)

Zapomnialem wczoraj wspomniec, ze jednym ze wspolprowadzacych schronisko byl tez starszy pan, ktory mowil m.in. po niemiecku. Sprawa o tyle podejrzana, ze normalnie Hiszpanie mowia tylko po swojemu, w ostatecznosci przyparci do muru i/lub pijani - po angielsku. No nic, taki ewenement.

Finalnie okazalo sie ze wspominanych kilometrow jest 43. Liczylem co do jednego. Powodem poprowadzenia trasy w ten sposob byl most. Oczywiscie nie byl to jedyny most w okolicy, trase dalo sie skrocic o dobre 10km przechodzac przez ktorykolwiek wczesniej. Ten most mial jednak znaczenie historyczne.

Tak z reszta dziala Camino. Jezeli tylko w zasiegu kilku-kilkunastu kilometrow znajduje sie cos aby odrobine historycznego to Camino tam wiedzie. Mniej wiecej: "mamy zabytek i nie zawahamy sie go pokazac". Kazdy starszy kosciol po drodze, kilkumetrowe fragmenty rzymskich drog, mosty, klasztory... pelen kram. Acz z drugiej strony mozna sie naogladac.

Na marginesie, calosc trasy Camino jest tradycyjnie znakowana zoltymi strzalkami (ponoc to maryjne). Zdarzaja sie odstepstwa na rzecz muszlek, czy innych drogowskazow, strzalki jednak dominuja. Ha! Coz wymyslono w okolicy? Zoltymi strzalkami z wypisana numeracja znakowane sa mniejsze uliczki. Ze w jedna numery od 1 do 40, a w druga od 40... tak co by sie listonosz nie gubil. Coz tam pielgrzymi...

Calosc wzmiankowanego wczsniej kilometrazu znioslem dzielnie, dopiero ostatnie 3 - 4 kilometry byly trudniejsze. Cena byl lekki zgon, ktory zapoznana niemka podsumowala: "mein akku ist leeeeer...". Moze lepsza kondycja to efekt przypadkowego napicia sie wody ze swietego zrodelka? Dopiero gdy skonsumowalem zaczli zjezdzac sie ludzie z butelkami i zauwazylem pewna kapliczkowatosc lokalu. Martwi mnie to troche, jeszcze sie dobry zrobie...

Dzien 12 - Güemes : Santander (18 km)

W sumie dzisiejszy poranek trudno zalapac bez wspomnien o wczorajszym wieczorze. Otoz albergue w ktorym nocowalem bylo lekko inne od pozostalych - zalozone ok. 30 lat temu jako schronisko sla drobnej spolecznosci pracujacej na rozne humanitarne cele.

Jakies 11 lat temu zanocowal tam pierwszy pielgrzym, co pozwolilo im na niesienie swoich pomyslow w swiat. W sumie nic ponad standard (egalite, fraternite...), ale w mily sposob z ktorym nie da sie nie sympatyzowac.

Wlasciciel, ktory rozbudowal na te potrzeby opuszczony dom po dziadku, co wieczor wyglasza krotka mowe o wczsniejszej drodze, historii schroniska i dalszym szlaku. Troche tlumaczy roznice pomiedzy del Norte, a Frances, co daje nieco inny oglad sprawy. Brak strzalek, brak schronisk jawi sie mniej jako niedostatek, a bardziej jako specyfika.

Pobyt w schronisku nie dosc ze darmo, to jeszcze z wyzywieniem. Po zlapaniu od wlascicela informacji o bardziej widokowym szlaku podreptalem w zadana strone... i to bylo dokladnie to Camino. Pusty szlak, niebo morze i gory. I wiatr. I duzo spokoju.

Spacer krotszy niz wszystkie, ledwie 18 km, ale trzeba dac odpoczac wymeczonym kosciom. Jutro z reszta czeka cos 42 km wiec nalezy wypoczac.

Trasa na dzis prowadzila do Santander, gdzie schronisko prowadzila kobieta o kolorycie, ktory mozna by odpilowywac i sprzedawac na pamiatki. Moglaby byc bohaterka piosenek Kazika. Gdyby tylko miala ochote.

Kobieta, ktora chrypiacym basem i ogromem osobowosci potrafi zgasic swiatlo, wypelnic sredniej wielkosci liniowiec i nawet nie zlapalaby zadyszki. Chyba zaloze fanklub. Ponoc jest tez odpowiedzialna za nasza kolacje, co troche niepokoi, bo planowalem nie pic, a tluczone szklo przyswajam slabo. Nic, akurat rzuca szklem w jakiegos innego klienta, wiec znikam gdzies na troche...

Dzien 11 - Laredo : Güemes (30.5 km)

No dobra, mylalem najpierw ze naduzyte sciegna bola najbardziej. Potem - zaskakujaco - przypomnialo mi sie, ze jednak stawy bola bardziej.

Dzisiaj jednak okazalo sie, ze najbardziej (jak dotad) bola nadwyrezone kosci. Jak sciegna i stawy dalo sie uglaskac opaskami i cwiczeniami, to na jeczocy piszczel nie znam sposobow (ktos?) poza odpoczynkiem.

Szczesliwie do pierwszej nogi szybko dolaczyla druga, wiec wcale nie utykalem. Tylko sobie szedlem. Zaciecie i uparcie wobecz dziwnego uczucia gozdzia wbijanego podluznie w piszczel. Z kazdym krokiem. Trudno sie dziwic ze w takich chwilach ludzie odnajduja wiare. Albo robia sie bardzo, bardzo uparci.

Ta, jutro krotki dystans. Rekreacyjne 14km bo inaczej sie poskladam.

Dzien 10 - Islares : Laredo (25.9km)

Udalo mi sie zlapac "Internet". Latwo nie bylo, ale zlapalem kawalek komputera w jakiejs malej knajpce. Wczoraj skonczylem w Islares, w przemilym schronisku prowadzonym przez jednego kamerunczyka, po czym udalem sie na krotki (25km) spacer z obciazeniem do Laredo, gdzie udalo sie zalapac na nocleg u siostr zakonnych.

W ogole, dziwne miasto, nie dosc ze informacja turystyczna mowi po angielsku, to jeszcze obsluga w knajpie tez. To chyba jak dotad rekordo, bo nie dosc ze mowia, to jeszcze plynnie i w ogole. Zupelnie nie jak Hiszpania.

Z innych nowosci, to stawy dalej ledwie sie trzymaja, mam nadzieje ze dzisiejsza skrocona trasa pozwoli na odrobine regeneracji; dosc mam juz biegania z opaska ortopedyczna na kolanie. Poczytalnosc za to trzyma sie niezle, choc sa slabsze momenty i czasami lekko watpie. Powtarzam sobie wtedy ze widok z kranca swiata bedzie piekny i na pewno warto. Staram sie tez za duzo nie rozmawiac z przyroda, nawet jak sie narzuca i zagaduje pierwsza

No, warto jeszcze nadmienic o dyskretnym wyplywie takich marszy na ogol wizerunku... Popychanie z 10kg bagazu na plecach po 35km dziennie pieknie wysmukla. I mozna zrec ile sie chce.

Na froncie zonglerki tez postepy, jestem juz w stanie wykonac 3 do 4 przezutow na trzy pilki, ani razu nie trafiajac sie w twarz. Troche to upokarzajace bylo na poczatku, ale chyba z gorki juz.

Dzien 9 - Pobeña : Islares (34.7 km)

W tym sezonie modna bedzie opalenizna sportowa. Latwo ja uzyskac, wiec warto sie przylozyc, bo normalnie za taki lans sporo sie placi. A tu grosze.

Wytarczy zakupic opaski elastyczne, po jednej na kolano i na kostke. Zakladamy (najlepiej po jednej na noge) i na hyc slonko. Calosci pieknie dopelniaja slady po skarpetkach i po paskach od plecaka. Od razu widac, jak sportowy tryb zycia prowadzimy.

A tak serio - ktokolwiek stworzyl te elastyczne cuda zasluguje na nagrode. Nie prztrwalbym dzisiaj ostatnich 10km gdyby ta drobna pomoc zakupiona w aptece. Sciegna sie od razu uspokoily.

Z innych nowinek - przyroda dalej szaleje. Dzisiaj mleko przeprowadzilo mnie dobre pareset metrow. Dokladnie od strzalki do strzalki... nie wiem, moze jakies tresowane bylo.

Dzien 8 - Bilbao : Pobenia (33.4 km)

Wciaz nie daje mi spokoju kwestia malych palcow. Przeszkadzaja tylko. Moze da sie ich jakos nieinwazyjnie pozbyc? Mam tez kolejne kandydatury...

Coz, dzisiaj juz spokojniej, grunt mniej narowisty, nawet slonce troche swiecilo... wokol natura. Wlasciwie to ta natura troche sie narzuca. Nie dalej jak dwa dni temu polizalo mnie mleko. Potem z kolei jakas jaszczurka chciala sie zabrac na ramieniu. No fajnie, ale jak przyszlo co do czego to byla malo rozmowna.

Z tym rozmawianiem to w ogole sprawa jest. Zeby isc w taka trase samemu, to trzeba sie bardzo lubic. Niestety nie startuje z tak fajnego poziomu, ale powoli sie oswajam. Zlapalem sie dzisiaj pare razy na rozmowach z rozna zwierzyna, wyrwal mi sie tez kilkuktotnie niekontrolowany chichot (bodajze na widok wzgorza). Umysl plata figle z braku zajecia.

Wieczorami jest lepiej. Czasem lapie sie kontakt z innymi pielgrzymami. Nie zawsze jest latwo, bo wiekszosc gada po hiszpansku, ew. wlosku, zatem swobodne dialogi nie wchodza w gre (choc wdrapywanie sie na schody zawsze wzbudza usmiech...). Bywa. Dzis spotkalem Polke, ktora poznalem na Camino Frances dwa lata temu. Nie pojmuje zbiegu okolicznosci czasu, miejsc i decyzji ktore potrafia doprowadzic do spotkania w takim miejscu.

Dzien 7 - Gernika - Bilbao (40 km)

W temacie przemyslen - mam troche w temacie malych palcow u stop. Czy one sa tak na prawde potrzebne? Bo jezeli nie, to ja sie ich chetnie pozbede - obecnie sluza mi przede wszystkim do bycia ocieranymi.

Borem, lasem przedreptalem znow 35km, przez blotniste trakty i ongis wyschle strumienie. Myslalem ze padne. Udalo sie po czesci dzieki spotkanemu wczesniej kanadyjczykowi (Harold... lat 67, szoste Camino, ciezko bestii dotrzymac kroku). Po przybyciu na miejsce okazalo sie, ze trzeba przedreptac kolejne 5km przez miasto, dzielnicami w ktorych mlodziez przesunieta nieco chromatycznie w stone czerni topi bol niezrealizowanego potencjalu w narkotycznych oparach. Czy costam. Na szczescie zaczepiono nas tylko ze dwa razy i to dosc ostroznie. Finisz wygladal jak czysta farsa, trzeba wyjsc z miasta i targac pod jedno z najbardziej stromych wzgorz na calej trasie. Jezeli mamy ochote na obiad - a po takim dniu zwykle mamy - trzeba na dol, a potem z powrotem. Wierze iz ktokolwiek wymyslil lokalizacje tego przybytku interesuje sie tez ciasnymi skorami i roznymi pejczykami...

Moze miec to jakis zwiazek z szacunkiem jakim darzeni sa tutaj pielgrzymi. Kazda pozdrawiana osoba usmiecha sie, jakby to pozdrownienie przyniosilo szczescie. Ludzie machaja z samochodow, a jak czlowiek zacznie isc w zla strone, to biegna za i pokazuja dobra droge. Lubie byc otaczany czcia, ale na przyszlosc wolabym przy tym lezec na oltarzu w otoczeniu powabnych efebow. Jezeli publika bedzie nalegac, to mozna upchnac jakas huryse, ale w drugim szeregu i byle sie nie narzucala.

Nic, koncze gdyz lece na siekacze. Na szczescie udalo sie odblokowac telefon...

Dzien 6 - Marquinia-Xemin - Gernika (24.6 km)

Ta. Wiedzialem ze do tego dojdzie, ale nie spodziewalem sie ze tak szybko. Otoz w Gernice nie za bardzo bylo gdzie spac. Udalo nam sie zlapac lokal, ktory posiadal trzy sciany, sufit i podloge, acz niezbyt scisle przylegajace. Mozna bylo odniesc wrazenie, ze to kort do squasha, acz zupelnie mylne.

Nie skonczyltem tam sam, znalazl sie pracownik socjalny specjalizujacy sie w trudnej mlodziezy (jakos nie potrafilem sie przekonac...) oraz architekt z Niemiec, ktory sprytnie sie maskowal zonglujac i chodzac na rekach. Zdarzyl sie tez malomowny Wloch-jogin i paru przypadkowych hiszpanow.

Tak z innych kawalkow, to byl to jeden z trudniejszych dni. Dluga trasa, w deszczu i z bolacymi stawami czasami narzuca pytania "po co?". Kolejnych kilka godzin petania sie z plecakiem az zapadnie zmrok, podobnie...

Dzien 5 - Zumaia - Marquina-Xemin (33.9 km)

At, dzisiaj prawie 35km. Hospitalero byl mocno zaskoczony. W konkursie na najbardziej bolacy kawalek mnie lewa stopa odpadla na rzecz kolana. Sciegna z prawiej nogi udalo sie jakos rozchustac na 20. kilometrze, wpol jakiegos wzgorka w strugach deszczu.

Po przybyciu na miejsce znow okazalo sie ze jestem najszybszym pielgrzymem w stawce. Co o tyle ciekawe, ze po zdjeciu plecaka poruszam sie zupelnie jak emeryt. Wczoraj na przejsciu dla pieszych wyprzedzila mnie staruszka (acz kantowala troche - miala balkonik), a dzis dwoch dziadkow, choc potrzebowali na to dobrych 40m. To z reszta chyba lokalny sport emerytow - wyscigi z pielgrzymami.

Poza tym ze wszystko boli, to jest dobrze. Dalej mam dziwne uczucie ze to byla dobra decyzja i bedzie tylko lepiej. Czuje ze odzywam (psychicznie, bo fizycznie to jeszcze z jakis tydzien zejdzie) i ze na jesieni bedzie w ogole szau.

A. I dalej robie za centrum tlumaczen. Dzis na linii niemiecki-hiszpanski i zwyczajowo juz: francuski-hiszpanski. Czy ktos moze powiedziec tym ludziom, ze ja nie znam hiszpanskiego, o tlumaczeniu symultanicznym nie wspominajac?

Dzien 4 - San Sebastian : Zumaia (28.9 km)

OK. Przyznaje sie. Zapomnialem ze Camino to nie spacer wsrod winnic z pieknymi widokami. Camino przede wszystkim boli. Targnalem sie dzisiaj na nieco wiekszy dystans, ktory ta glupote zrobilem tez dwa lata temu i podobnie - drugiego dnia. Jak i wtedy - nocuje w klasztorze.

W sumie juz rano dzien nie zapowiadal sie jakos szczegolnie. Bo i czegoz mozna sie spodziewac gdy o 6:30 rano musimy przedzierac sie przez mokre jezyny? Okazalo sie z reszta ze osiadajaca podowczas rosa postanowila osiadac dlugo i namietnie, bo gdzies do 13:00.

Przemoczone buty zaoowocowaly odciskami, odsiski na lewej nodze naduzywaniem prawej, a w efekcie nadwyrezeniem jej siciegien. Tak sobie potem szedlem 20km zastanawiajac sie, czy bardziej bola odciski, czy sciegna. Wygraly sciegna, ale wierze iz bedzie dogrywka. Coz, i jedne i drugie da sie w miare latwo zaleczyc.

Ach, wymyslilem tez dlaczego to robie. Ha! Bo Camino ksztaltuje charakter! (Mozna sie smiac)

Dzisiaj mialo tez miejsce pierwsze spotkanie - babcia z wnuczka. Wzialem je za przygodne spacerowiczki, ale jednak popychaja z plecakiem i dosc trudno dotrzymac im tempo.

Nie do pominiecia byla tez pani prowadzaca schronisko, ktora co prawda nigdy Drogi nie przeszla, ale ma do sprawy zaciecie. Sporo opowiadala o klasztorze, ktory siostry przekazaly miasto na schronisko, po tym jak zostalo ich tylko siedem w podeszlym wieku...