Wartości i instynkty

No, to wybraliśmy się w góry. Czas był przetestować sprzęt pod marsze, wstępnie kondycję... i jest nieźle. Przy okazji miałem szansę sprawdzić swoje wyczucie kierunku - jest niezawodne. Jak nie zaplanowałbym trasy, ile map i kompasów by nie było zawsze po drodze trafiam na manowce. Pewnie dlatego że trasami i kompasami zupełnie się nie przejmuje, za to często łażę zamyślony.

Tak i tym razem - ruszyliśmy z Eru i Washu na szlak, planując skończyć w Krościenku. Po drodze minęliśmy zejście na właściwą trasę i siłą rzeczy przeplanowaliśmy się na Łącko. Tylko po to, by skończyć w Tylmanowej. Norma. Zen.

Sukces w orientowaniu się w terenie postanowiliśmy wieczorem poświętować. Jak nieczęsto mi się zdarza potargałem gitarę i wraz z Eru zaatakowaliśmy na wyrywki i całościowo repertuar SDM. Żadna melodia, żadna tonacja ni aranż nie stanowiły przeszkody dla naszych umiejętności wokalnych. Gdy powodowani lekką tremą zaczęliśmy się rozluźniać różnymi fikuśnymi destylatami cały show tylko nabrał rumieńców.

Dość powiedzieć że gdy rozszalałe z nagła siły Coriolisa niebezpiecznie zagroziły stabilności chwytu gitarowego niezrażanie poczęliśmy atakować kolejne utwory a cappella. Mam dziwne wrażenie, że sprawa z czasem była nie tylko a cappella, a wręcz a scala, czy a musica... Niezrażony tym będę zbroił się w dalszy repertuar - w czwartek premiera na Karałoke. Jeżeli ktoś w Krakowie ma ochotę na świeże mleko - radziłbym się uwijać, niedługo będzie cenniejsze od złota.

Oczywiście prócz boskiego wyczucia kierunku byłem też -jak zawsze - niesamowicie asertywny. Gdy szefu schroniska postanowił dołączyć i poraczyć nas własnymi trunkami od razu powiedziałem stanowczo "czemu nie?"... Z uporem godnym lepszej sprawy notorycznie i stoicko ripostowałem "jasne", "być może" i "oczywiście" przeplatając całość łomotem spuszczanym kolejnym pięcioliniom. Szczęściem Eru w przypływie animuszu uratował mnie ze szponów własnej asertywności, sugerując że niedługo wyjazd i że można by się zdrzemnąć... Rano nawet złapaliśmy podziękowania - obudzona z nagła Matka Teresa okazjonalnie mi się wcinała i odprowadzała poniektórych do łóżek. Muszę kiedyś francę dorwać i wytłumaczyć, że to mój organizm i żadnej fuchy odstawiać nim nie będzie!


PS. Jeżeli przedmioty przechwytują emocje i uczucia, to uprzejmie informuję, że przedostatnie lewe siedzenie w PKSie nr A1010T linii Szczawnica - Kraków może zabijać, a na pewno powodować bóle. Bite trzy godziny przykładałem do niego czoło starając się uniknąć bisów w wykonaniu spożytego z rana śniadania i prosząc, by przejęło część z ogromu cierpienia które zupełnie niesłusznie mnie ogarnęło.

3 komentarze:

  1. no patrz Pan... krzesła niczym ludzie w dupie mają temperaturę uczuć innych

    OdpowiedzUsuń
  2. Mr. Kadzidło6 lipca 2010 21:13

    ..ki czort... ominął Krościenko..
    a było tak blisko...

    OdpowiedzUsuń
  3. Acz ja tam byłem... tylko nie tego wieczoru :). Nie mów, że rozminęliśmy się o jeden spacer...?

    OdpowiedzUsuń