Maj nejm iz Liz Parker and diz is łat ajw bin tinking.

Tymi o to słowami powinien zaczynać się każdy pamiętnik rozdramatyzowanej nastki. Biorąc pod uwagę, iżem rozemocjonowany jak nastoletnia tchórzofretka na metaamfetaminie - są adekwatne. W ogóle, od momentu kiedy zdrapałem sobie twarz pumeksem sporo odczuwam. Wieje - boli, pada - piecze, etc. itd. Szał, nie?

Cóż, Kraków definitywnie zamknięty, na dwa dni przygarnąłem się kątem u rodziny przed ruszeniem w szlak. Na skali szaleństwa przeważa chwilowo lekki strach; końcówka stołecznego postanowiła chwycić za krtań i uścisnąć serdecznie. Od przezacnej imprezy pożegnalnej, po wieczory, kiedy Młody B. nie tylko stanął na wysokości zadania, ale wręcz wywinął nad nim frywolne salto. No dobra, wieczór wśród świec z gitarą i winem który odstawiłem wcześniej mógł zmotywować.

Hu-ha. Wdech, wydech. Da radę i będzie dobrze. Jak może być inaczej? Z resztą w najgorszym razie zostanę szalonym bezdomnym i będę straszył dzieci. Zawsze to jakiś plan na życie. Tylko jeszcze uskaczę cztery lata dobytku na małym poddaszu, spakuje lekki plecak i pojadę. Hen. Het. Jak dowiem się po co, to na pewno napiszę.


PS. A! Ja już na prawdę nie mieszkam w Krakowie?!

3 komentarze:

  1. No to trza trzymac post krakowskie kciuki - ekspat za przyszlego expata!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, ale zanim się dowiesz (to przecież może trochę potrwać...), to też będziesz pisać, prawda? Obiecaj, obiecaj.
    Przeżywam to niewiele mniej niż Ty, odliczam dni razem z Twoim statusem GG ;) i chciałabym mieć jakieś wieści z frontu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Będę pisać, będę. W ramach dostępności netu, siłą rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń