The End!

A! Koniec nadciąga. Wedle pewnych niszowych proroków objawił się pierwszy ze znaków... W 541. rocznicę Wojny o Krowę, a sześćsetną o Grunwald studia skończyłem. Sprawa do końca nie była pewna, gdyż dziekanat aż do ostatnich chwil nie był w stanie ustalić czy obrona ma miejsce, czy nie.

Odesłany do Kierowniczki Dziekanatu ("Pan sobie pójdzie tam, przez ten korytarz, prosto przez ognistą rzekę, koło trzygłowego psa, a potem za płaczem niemowląt [...]") ustaliłem, że za jakieś pół godziny zaczynam show parę pięter wyżej. No, już po wszystkim. Zastanawiam się tylko, czy już łapię się na łże-elity, czy jeszcze nie. Jest na to jakaś legitymacja?

Siłą rzeczy musiałem nabyć nowej wiedzy, przemyśleń i doświadczeń. Tak np. nauczyłem się rozpoznawać Poranki. Jeżeli budzimy się i:
- sufit wydaje się jakiś inny niż zwykle
- obracamy się w dowolną ze stron i czujemy palącą potrzebę przedstawienia się
- którą szybko i skutecznie zagłusza równie paląca potrzeba dorwania się do wodopoju
- całość przebiega w rytmie ogłuszającego stepowania białych mew
to najprawdopodobniej właśnie ma miejsce Poranek. Jedyne co można zrobić, to leżeć i się delektować. Czy coś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz