Dzien 3 - Irun : San Sebastian (25 km)

Mam wyczucie kierunku, nie? Dlatego zwykle prowadzi mnie gdzie chce. Z tej przyczyny musialem zapyt... zmachac do pewnego pana o droge.

Zaprowadzil mnie niemal pod samo wejscie tlumaczac glosno, "Camino del Costa". Myslalem, ze ide "...del Norte", acz co za roznica. Tlumaczyl z reszta ze beda pieke widoki. Ha! W okolicy jest kilka szlakow i pan poprowadzil mnie na ten najbardziej widokowy. A skad sa fajne widoki? Z wysokosci, totez wspinanie sie mialem zacnie. Przynajmniej zdjecia beda ladne.

W ogole to w takich sytuacjach waro sluchac wlasnego organizmu. I tak np. organizm ma kilka sposobow zeby powiedziec nam iz czas na troche weglowodanow:

- zaczynamy sie potykac - t.j. czesciej niz zwykle. Rownoznaczne z cichym szeptem "moze ciasteczko?".

- robimy sie senni - co w swobodnym tlumaczeniu mozna podac jako "moze sie polozymy? I ciasteczko?"

- wpadamy w lekkie zawroty glowy - co oznacza ze skonczyl sie czas na dialogi i zlapalismy plaskacza z okrzykiem "CIASTECZKO!". Nie jest to moze ostatnia szansa, ale warto cos wsunac; inaczej zlapia nas:

- mroczki przed oczami - ktorych na prawde warto unikac, bo nie dosc ze psuja widok, to stanowia ciezka artylerie w negocjacjach. Cos ok. "rob jak uwazasz". Tu juz na prawde warto sie zainteresowac, inaczej:

- lecimy na ryj - tu juz nie ma latwo. Mozemy jeszcze w ostatnim odruchu podrzucic na grunt kanapke i starac sie na nia nadziac nozdrzem badz paszcza i wszamac przez sen. Szanse sa jednak marne, chyba ze mamy karteczke z numerem telefonu do firmy ktora nas ubezpiecza, gdie kazdy agent przy telefonie jest w stanie w 16 jezykach powiedziec, ze wszystko jest ok i my tylko tak zabawnie odpoczywamy.

Na szczescie doszedlem tylko do drugiego etapu, pewnie przez rozminiecie sie ze szlakiem wymagajacym uzycia łódki, co jakoś mi umknelo. Troche dorzucilo tez wspinanie sie pod latarnie morska po kamiennych schodach, ktore dosc szybko przerodzily sie w kamienista sciezke. No i fakt, ze absolutnie wszystko bylo pozamykane z okazji jakiegos lokalnego swieta.

Uniknalem za to innych niebezpieczenstw - ponoc w okooicy jakas sekta (12 plemion) karmila pielgrzymow dobrym jedzeniem, a pan podrozujacy szlakiem z zona i osiolkiem leczyl dotykiem.

Dzien 2 - Irun

Ostatni dzien na spokojnie, od jutra marsze. Swietne schronisko, jest lozko, ciepla woda i tylko po 6 osob na pokoj. Prowadzacy tez mili, choc pani miala dziwne podejrzenia ze zwinalem jedna z pamiatek. To juz raczej jej problem, bo kapuche wrzucilem gdzie kazala, wrecz z naddatkiem.

Zapoznalem tez jakichs dwoch polakow (tyle jezeli chodzi o trzymanie sie z dala od Polakow na wyjezdzie), ktorzy Camino robia po raz pierwszy. Jeden z kolegow byl strasznie zaskoczony znakowaniem szlaku (zolte strzalki w dziwnych miejscach), sporo pytan maja, ale jakos srednio sie dziwie... tez nie wiedzialem jak ugryzc pierwsze Camino. Mam tylko nadzieje, ze nie przerodzi sie to w jakich dlugotrwaly uklad.

Reszta na razie bez rewelacji, przerzucam sie powoli na diete oparta na tunczyku, ktorego z reszta spore ilosci mieli w sklepie nieopodal. Bardzo wygodne pozywienie, nie psuje sie, w praktycznych puszkach i w ogole. Bede go miec strasznie dosc po powrocie.

Dzień 1 - Madryt


Tak, do wejscia na poklad samolotu wszystko bylo pieknie. Od momentu oderwania sie od ziemi - jakby mniej.

Lot byl jednym z tych bardziej turbulentnych, choc przyznam ze albo sie przyzwyczajam, albo to jakies przeznaczenie, bo po raz pierwszy mialem niesmiale przekonanie, ze jednak dolecimy.

Po ladowaniu pdezwalem sie do znajomego taja, acz uslyszawszy propozycje wyjscia w miasto rzucilem asertywnie "nie pije". Niestety aparat mowy wszystko znieksztalcil i wyszlo "no jasne"... Aj, widoki maja ladne w tym Madrycie. Chyba sie ciesze na wrzesniowa impreze, choc mam przeczucie ze widoki mowia tylko w lokalnym jezyku.

Ach, tak.. w hostelu wpadlem jeszcze w tlumaczenie francusko-hiszpanskie, choc drugiego z jezykow ponoc nie znam, a pierwszy tez slabo. Za to niewatpliwe uroczy pan recepcjonista z ladnym usmiechem przydzielil mi jedynke, zamiast wspolnej sali. Dobre miejsce.

Godspeed



'bra, podramatyzowaliśmy, a teraz trzeba się zabrać za sprawę, bo czasu już mało. Jutro o tej godzinie będę już dobrze w trasie. A zatem co-gdzie-jak - mapka u góry. Punkty od A do H piechotą (coś 860-900km), potem już relaksacyjnie autobusami do J i K. Chyba że mi się lekko horyzont odklei, wtedy J zrobię też piechotą. To już ca. 1500km. W sumie bilety mam otwarte, wiec mogę kombinować.

Co się bierze na taki marsz? Niewiele, całość dobytku trzeba dźwigać na plecach więc nie należy wykraczać poza 10% wagi własnej +/- 2 kg. Mam zamiar tachać lustrzankę, więc naginam lekko zamiary i celuje coś pod 8.

Z zawartości plecaka i ogólnego planu, można się odnieść tutaj: a nuż się komuś przyda: http://tinyurl.com/354ppd7

Z rzeczy dodatkowych, to będę pewnie wrzucał na telefon (dublujący z odtwarzaczem mp3) naukę hiszpańskiego, targał piłki do żonglerki i książkę jakąś.

Maj nejm iz Liz Parker and diz is łat ajw bin tinking.

Tymi o to słowami powinien zaczynać się każdy pamiętnik rozdramatyzowanej nastki. Biorąc pod uwagę, iżem rozemocjonowany jak nastoletnia tchórzofretka na metaamfetaminie - są adekwatne. W ogóle, od momentu kiedy zdrapałem sobie twarz pumeksem sporo odczuwam. Wieje - boli, pada - piecze, etc. itd. Szał, nie?

Cóż, Kraków definitywnie zamknięty, na dwa dni przygarnąłem się kątem u rodziny przed ruszeniem w szlak. Na skali szaleństwa przeważa chwilowo lekki strach; końcówka stołecznego postanowiła chwycić za krtań i uścisnąć serdecznie. Od przezacnej imprezy pożegnalnej, po wieczory, kiedy Młody B. nie tylko stanął na wysokości zadania, ale wręcz wywinął nad nim frywolne salto. No dobra, wieczór wśród świec z gitarą i winem który odstawiłem wcześniej mógł zmotywować.

Hu-ha. Wdech, wydech. Da radę i będzie dobrze. Jak może być inaczej? Z resztą w najgorszym razie zostanę szalonym bezdomnym i będę straszył dzieci. Zawsze to jakiś plan na życie. Tylko jeszcze uskaczę cztery lata dobytku na małym poddaszu, spakuje lekki plecak i pojadę. Hen. Het. Jak dowiem się po co, to na pewno napiszę.


PS. A! Ja już na prawdę nie mieszkam w Krakowie?!

Kref na wodzie

Czuję się trochę jak krowa. Nie mam tu na myśli kontemplacyjnego podejścia do życia, pociągu do trawy, czy też chęci produkcji nabiału. Nie. Czuję się łaciato.

Jutro impreza, nie? Taka duża, pożegnalna i w klimacie. Na tą szczególną okazję postanowiłem się po raz pierwszy, czy drugi w życiu zafarbować. Wszystko szło świetnie, producent dał łatwe instrukcje, w ogóle szau. Szczególnie ten kawałek "można łatwo usunąć ze skóry wodą z mydłem". Yeah.

Farbuję się zatem godnie i sumiennie, czytam książkę, czekam... płukanie. Piękny kolor, zacne cętki. Co lepsza hiena się chowa! Ok. Woda - jest. Mydło - jest. Działamy. Cętki - dalej są.

Chwila niepokoju, ok. Pewnie trzeba trochę bardziej potrzeć. Luz.

Wdech, wydech. Szampon. Szampon musi pomóc. Ha! Nie szampon, to mydło i ostrzejsza gąbka. Jakby lepiej, ale wciąż są. Czas na desperacje - pasta do zębów... Ał, tak odświeżony to się ostatnio czułem po upadku twarzą w śnieg. Ponabijany szkłem.... cętki dalej, choć bledsze.

Teraz siedzę sobie spokojnie, popijam chłodną wodę i zastanawiam się, jak znaleźć człowieka odpowiedzialnego za napisanie tej ulotki i odwdzięczyć się za niezapomniane chwile spędzone z pumeksem przed lustrem. Never more.

Hobby

Sobie hobby znalazłem. Na razie ofiarą padły dwa kubki i odrobina umeblowania... żonglerka! Szału jeszcze nie ma, ale jestem w stanie opanować już dwie piłeczki i prawie się przy tym nie pokaleczyć. Jak dobrze pójdzie z końcem miesiąca zrobię podstawy, czyli trzy w kaskadzie.

Fajna rzecz i ponoć mózg rozwija, przy tym wciąga straszliwie. Może i te fragmenty w których człowiek wyrzuca sobie prosto w twarz dwie piłki nie są najlepsze, ale cała reszta - jak najbardziej. Szczególnie ten kiedy łapki same zaczynają się ruszać do rytmu.

A dlaczego? Bo. W szczegółach? Bezrobotny od jutra jestem i jakoś pewnie trzeba będzie w tej Hiszpanii dorabiać. Żonglerką na przykład, bo śpiewem - wiem, sprawdzałem - nie da rady.

PS. Sugestie żonglowania dużymi różowymi dildo już miałem. Dziękuję, są nieporęczne.

Zen, k***, zen

Jestem oazą spokoju, krynicą opanowania, ukojeniem wzburzonych, klawesynem chiromancji, zagładą niepokornych, pomst... wróć. Lekko męczy mnie już ten tydzień. Taki tydzień na przeczekanie. Dotrwać do wyjazdu. Jasne, że jeszcze impreza na którą cieszę się jak diabli, bo i zaproszone grono zacne jest i ważne. Było nie było przez te parę lat, a w podskokach do parunastu całkiem fajne ludzia się zebrały i miło będzie zobaczyć te pyszczki w jednym miejscu.

Acz z drugiej, sobacza mać, siedzę na tyłku i nic zrobić nie mogę. Tylko kolejne rzeczy rozdaję (metrową szeflerę komuś?). I czekam, ZEN!, czekam. Tylko ksiażki popakowane grzecznie leżą hałdą w rogu. Książek nie oddam. Zakopię ze sobą! Dość?

The End!

A! Koniec nadciąga. Wedle pewnych niszowych proroków objawił się pierwszy ze znaków... W 541. rocznicę Wojny o Krowę, a sześćsetną o Grunwald studia skończyłem. Sprawa do końca nie była pewna, gdyż dziekanat aż do ostatnich chwil nie był w stanie ustalić czy obrona ma miejsce, czy nie.

Odesłany do Kierowniczki Dziekanatu ("Pan sobie pójdzie tam, przez ten korytarz, prosto przez ognistą rzekę, koło trzygłowego psa, a potem za płaczem niemowląt [...]") ustaliłem, że za jakieś pół godziny zaczynam show parę pięter wyżej. No, już po wszystkim. Zastanawiam się tylko, czy już łapię się na łże-elity, czy jeszcze nie. Jest na to jakaś legitymacja?

Siłą rzeczy musiałem nabyć nowej wiedzy, przemyśleń i doświadczeń. Tak np. nauczyłem się rozpoznawać Poranki. Jeżeli budzimy się i:
- sufit wydaje się jakiś inny niż zwykle
- obracamy się w dowolną ze stron i czujemy palącą potrzebę przedstawienia się
- którą szybko i skutecznie zagłusza równie paląca potrzeba dorwania się do wodopoju
- całość przebiega w rytmie ogłuszającego stepowania białych mew
to najprawdopodobniej właśnie ma miejsce Poranek. Jedyne co można zrobić, to leżeć i się delektować. Czy coś.

Niewidzialnego kota przypadki różne.

Ta. Przygody. Jak to trąbię wszem i wobec - bronię się. Inna rzecz, ze wydaje mi się iż więcej tego trąbienia niż bronienia. Bo kiedy już po rozlicznych przygodach i negocjacjach, udało mi się złożyć pracę (w pięciu podejściach i dwóch maratonach na dystansie 8km), to zacząłem się bawić w administrację.

Człowiek pinball, po prostu. Mam magiczna moc odbijania się od biurek. Nie będę opowiadał o próbie zamknięcia unieważnionego konta bibliotecznego. Tak! Musiałem reaktywować konto, żeby je unieważnić. Ręczę, że nawet nie zachichotałem, co najwyżej stałem z wyrazem "Bardzo Kamienna Twarz nr 15". Ok... może cichutki gulgot mógł mi się wymknąć.

Myślałem że to koniec przygód... ta... W poniedziałek potwierdziłem termin obrony. We wtorek promotor potwierdził termin obrony. W środę okazuje się, że może jednak nie, bo chyba coś z papierami nie tak. Co wyjaśni się z rana. A teraz siedzę sobie, naprzemiennie przegryzając się przez asymetryczne algorytmy kryptograficzne, ustawę o podpisie elektronicznym, czy też realizacji komercyjnej otwartego oprogramowania. Wszystko to w płonnej nadziei, że jutro będę sobie mógł o tym z kimś porozmawiać. Komisją przyznającą magisteria, na ten przykład; choć wierzę, że osiedlowa bohema monopolowa też chętnie by posłuchała.

Wrr.

PS. Wiem, jak załatwię niewidzialnego kota! Rozsypię pinezki wokół lampy. Tego się bestia nie spodziewa!

Zwierzyniec.

No formalnie mi się zwierzyniec rozwija. Od przedwczoraj cały czas słyszę niewidzialnego kota, który usiłuję pożreć lampę! Niestety - ilekroć się odwrócę bestia milknie i jest niewidzialna.

Jasne, mieliśmy już kiedyś niewidzialnego na mieszkaniu, na szczęście gQ pochwycił go i przerobiliśmy paskudę na leczo. I niewidzialne paputki. Niestety dość szybko zginęły. Była też plaga dusimyszy, pod wanną uporczywie mieszkają bobry które zjadają czas wolny, że nie wspomnę o nutriach które tylko czekają by wychynąć z pawlacza na żer.

Teraz tak... zastanawiam się, czy to delirka związana z nieco bardziej imprezowym życiem ostatnimi czasy, czy też chwilowe zaburzenie paradygmatu i obowiązującej rzeczywistości. To się moze da jakoś kontrolować? Boje się że bestia niedługo połknie szafę...

Ach, poza tym wszystko w normie. We czwartek się ponoć bronię. Ha!

Zawodzę

Tak jest - zawodzę straszliwie. Kto był, ten wie - słowa dotrzymałem i zawodziłęm na karałoke. Mam nadzieję, że nigdy więcej. Oczywiście nie obyło się bez konsumpcji wszelakich. Nie ze mną jednak te numery! Wcześniejszego wieczoru przygotowałem sobie wodę.

Nie wiem, czy to wtrąciła się druga osobowość - wodę włożyłem do lodówki, a dokładniej do zamrażarki. Targany migreną poszedłem po nią, by skonstatować, że mogę się nią co najwyżej okładać. Albo pociąć w kostki i gryźć. Go me!

Z rzeczy innych, proste gotowanie - sos czosnkowy. Akurat jutro kolację wydaję, więc będzie jak znalazł. Przepis tutaj.

Zhai'helleva

Huh, pierwsze worki popakowane - śmieszne, że będzie już coś pod ósmy raz jak zasiedliłem miejsce z jedną walizką rzeczy a wyprowadzam się workami, taczkami, a ciężarówkami. Znów przyjdzie uprawiać rozdawanie, sortowanie i pobliskie. Właśnie pozbywam się chyba szóstej w życiu pralki. Nie jest źle - przedostatnia była gorsza. Rozlewała wodę przy próbie odłączenia i podpinała ją pod prąd.

Kraków ostatnio naprzemiennie kusi i kąsa, acz chyba już zmęczonym ilością wydarzeń. Z pewną wesołością traktuję fakt, iż obowiązki w pracy ceduję na dwie osoby i żadna nie wydaje się wyrabiać. Chyba naprędce rozkręcę jeszcze konkurs który z panów gorzej znosi ilości ciekawostek, które dostają.

Okazuje się, że gdzieś posiałem okulary i zostały tylko niedopasowane, acz demonicznie barwione soczewki korekcyjne. Well... to na pewno pomoże w jutrzejszym audycie. Nie dość, że nie za bardzo będę dostrzegał zło i audytorów, to przy tym spojrzeniem mogę (a właściwie mimowolnie będę) siać trwogę.

Wdech wydech. Karałoke, Ełroprajd, impreza i lekkimi stópkami, podszytymi wiatrem, z dobytkiem opiewającym na sześć kilogramów będziem przedeptywać świat. Wdech, wydech. Da radę. A! Jeszce po drodze chyba jakąś obrone magisterki mam zrobić. Da radę. Jak mogło by nie :).

Wartości i instynkty

No, to wybraliśmy się w góry. Czas był przetestować sprzęt pod marsze, wstępnie kondycję... i jest nieźle. Przy okazji miałem szansę sprawdzić swoje wyczucie kierunku - jest niezawodne. Jak nie zaplanowałbym trasy, ile map i kompasów by nie było zawsze po drodze trafiam na manowce. Pewnie dlatego że trasami i kompasami zupełnie się nie przejmuje, za to często łażę zamyślony.

Tak i tym razem - ruszyliśmy z Eru i Washu na szlak, planując skończyć w Krościenku. Po drodze minęliśmy zejście na właściwą trasę i siłą rzeczy przeplanowaliśmy się na Łącko. Tylko po to, by skończyć w Tylmanowej. Norma. Zen.

Sukces w orientowaniu się w terenie postanowiliśmy wieczorem poświętować. Jak nieczęsto mi się zdarza potargałem gitarę i wraz z Eru zaatakowaliśmy na wyrywki i całościowo repertuar SDM. Żadna melodia, żadna tonacja ni aranż nie stanowiły przeszkody dla naszych umiejętności wokalnych. Gdy powodowani lekką tremą zaczęliśmy się rozluźniać różnymi fikuśnymi destylatami cały show tylko nabrał rumieńców.

Dość powiedzieć że gdy rozszalałe z nagła siły Coriolisa niebezpiecznie zagroziły stabilności chwytu gitarowego niezrażanie poczęliśmy atakować kolejne utwory a cappella. Mam dziwne wrażenie, że sprawa z czasem była nie tylko a cappella, a wręcz a scala, czy a musica... Niezrażony tym będę zbroił się w dalszy repertuar - w czwartek premiera na Karałoke. Jeżeli ktoś w Krakowie ma ochotę na świeże mleko - radziłbym się uwijać, niedługo będzie cenniejsze od złota.

Oczywiście prócz boskiego wyczucia kierunku byłem też -jak zawsze - niesamowicie asertywny. Gdy szefu schroniska postanowił dołączyć i poraczyć nas własnymi trunkami od razu powiedziałem stanowczo "czemu nie?"... Z uporem godnym lepszej sprawy notorycznie i stoicko ripostowałem "jasne", "być może" i "oczywiście" przeplatając całość łomotem spuszczanym kolejnym pięcioliniom. Szczęściem Eru w przypływie animuszu uratował mnie ze szponów własnej asertywności, sugerując że niedługo wyjazd i że można by się zdrzemnąć... Rano nawet złapaliśmy podziękowania - obudzona z nagła Matka Teresa okazjonalnie mi się wcinała i odprowadzała poniektórych do łóżek. Muszę kiedyś francę dorwać i wytłumaczyć, że to mój organizm i żadnej fuchy odstawiać nim nie będzie!


PS. Jeżeli przedmioty przechwytują emocje i uczucia, to uprzejmie informuję, że przedostatnie lewe siedzenie w PKSie nr A1010T linii Szczawnica - Kraków może zabijać, a na pewno powodować bóle. Bite trzy godziny przykładałem do niego czoło starając się uniknąć bisów w wykonaniu spożytego z rana śniadania i prosząc, by przejęło część z ogromu cierpienia które zupełnie niesłusznie mnie ogarnęło.