Zagramy w pochowanego?

Mam ochotę trochę skuczeć. Nie żeby jakoś tak bardzo, czy mocno, ale wciąż. Pomijając lekką jazdę po wertepach sprzed dwóch notek to mi się chyba organizm lekko znarowił. Wziął i się dzisiaj np. wyłączył.

Siedzę sobie spokojnie w pracy i przekrwionym spojrzeniem patrze w monitor, gdy z nagła zaatakował poniedziałek. Zaszumiało, zawirowało i dostałem formalnego zwida. Zwykle nie mam nic przeciwko halucynacjom póki siedzą cicho i się nie narzucają, acz żeby do mnie mówić? No, halo...

Tak sobie pomyślałem, że skoro już mdleję, to spakuję się, pójdę i spokojnie popracuję z domu. Niestety - po powrocie ścięło mię na dobre osiem godzin. Chwilowo walczę z typowo samczą skłonnością do dramatyzowania i jak zwykle w malignie stukam sobie jakieś HTML-a podpieranego JavaScriptem. Przy temperaturze pow. 38,5 spontanicznie różniczkuję, choć czasem potrafię zróżniczkować kota.

Bredzę, nie? Chwilowo reisefieber przeradza się weltszmerc i mam wątpliwości. Trzeba je będzie do rana przegonić:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz